RSS
 

Historie codzienne – Prasowanie

26 sie

Prasowanie

Usiadła na sofie z silnym postanowieniem nieodzywania się do gada przez najbliższą dekadę. Jak on śmiał wrzasnąć, że ma dość tych jej przygotowań do wesela i że szykuje się do niego, jakby to był jej ślub? A on na razie do żadnego ślubu się nie wybiera, więc powinna wyluzować. A to bezczelny jeden! Ostatecznie to wesele jego brata, to on powinien się wspiąć na wyżyny, on powinien się starać. A co zrobił? Jak zwykle zrzucił wszystko na jej barki. Ciekawe, jak sobie poradzi z prasowaniem koszuli. Zerknęła w lustro i stwierdziła, że jej makijaż jest bez zarzutu, a suknia nie tylko pięknie opina zgrabną sylwetkę, ale i podkreśla świeżość cery. Udawała, że nie widzi, jak zaczął się miotać przed szafą, sprawdzając czy nie trzeba uprasować spodni od garnituru. Wyjęła komórkę, aby pogadać z przyjaciółką, ale po chwili zrezygnowała z dzwonienia. Nie chciała, żeby słyszał, o czym mówią, więc wysłała Monice wiadomość.
– I co? Nie rozmawiacie? To jak to będzie na weselu? Może jednak odezwij się pierwsza?– zasugerowała Monia.
– Gówno tam! Dam radę. – Gabryś zaczął rozstawiać deskę do prasowania, wyraźnie szykował się do prasowania koszuli. Już po chwili otrzymała SMS z pytaniem „Gdzie jest żelazko do prasowania?” „W garderobie, na trzeciej półce po lewej”, odpisała.
– Gamoń jeden, nawet żelazka znaleźć nie umie – powiadomiła Monikę.
– Po co mu żelazko?
– Koszulę będzie prasować.
– Wcześniej mu nie uprasowałaś? Przecież zaraz powinniście wychodzić z domu.
– A co to, kurwa, od prasowania jestem? – zdenerwowała się. – Uprasowałam, ale gamoń szukał czegoś w szafie, więc wtrynił wieszak z koszulą między inne rzeczy i się pogniotła. Niech se sam prasuje, jak mu moje prasowanie nie pasuje.
– A on umie prasować?
– A ja skąd mam wiedzieć? Przy mnie nigdy nie prasował. Może w domu matka go wyuczyła? Zaraz zobaczymy.
– Żeby tylko nie spalił. Lepiej mu uprasuj, coś ty taka zawzięta?
– Monia, po czyjej stronie ty jesteś, co? O kurwa, zaraz jebnę! Gabryś włączył sobie instrukcję prasowania koszuli na YouTube!
– No żartujesz! Ale patrz jaki sprytny! I co? prasuje?
– Prasuje, kurwa. Jakaś baba tłumaczy, co po kolei robić. I po się taka menda wtrąca? Po jaką cholerę wstawiła ten filmik o prasowaniu? Takiej to tylko mordę obić.
– Marta, lepiej monitoruj. Filmik filmikiem, ale mówię ci, monitoruj.
– Przypalił! Debil jeden! Koszulę za trzy stówy przypalił! Na plecach żelazko się odbiło jak ta lala!
– Ja pierniczę, i co teraz? Jak wy na to wesele pójdziecie?
– Muszę kończyć, bo gamoń pomstuje i woła mnie na pomoc…
Podeszła do deski do prasowania, na której leżała rozpostarta koszula.
– I co teraz, co? – Gabryś popatrzył na nią wzrokiem zranionego psa.
– Masz dwa wyjścia. Albo ubierasz tę z żelazkiem na plecach i przez cała imprezę nie zdejmujesz marynarki. Albo lecisz do galerii i kupujesz jakąkolwiek białą koszulę. Nie musi być markowa. To co robisz?
– Nie wiem?
– OK, lecisz! A właściwie czekaj, razem polecimy, przebierzesz się w toalecie i stamtąd podjedziemy do kościoła, bo przecież nie zdążymy. I wyłącz to cholerne żelazko, bo chałupę z dymem puścisz i nie będzie do czego wracać.
– Kochanie, dziękuję. – Gabryś przytulił ją do siebie. – Co ja bym bez ciebie robił?
– Beze mnie? Przypalałbyś koszule. No, ruchy, człowieku. Nie będziemy tu sterczeć jak jakieś wazony. Wyprowadzaj auto, a ja ogarnę prezent. – Rozejrzała się jeszcze po mieszkaniu, odstawiła żelazko na podstawkę i z prezentem pod pachą wsiadła do windy, uśmiechając się delikatnie. Taki mądry, taki cwany, taki samodzielny, i taki bezradny. Ha!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Historie codzienne – Ułańska fantazja

06 sie

Ułańska fantazja

– Ona mnie nie poznaje! – szlochał do słuchawki. Nie wiedziałem, jak zareagować, jakie słowa pocieszenia mógłbym powiedzieć, żeby okazać, jak bardzo mu współczuję.
– I co ja jej zrobiłem? Co zrobiłem? Ona naprawdę nie pamięta, jak bardzo ją kochałem? – pytał, jakbym mógł mu odpowiedzieć. – Wystarczy, że się do niej zbliżę, że mnie zauważy, a zaczyna krzyczeć. Żeby pan słyszał ten krzyk! Ile przerażenia, ile potwornego strachu ten jej krzyk zawiera! Panie Wojciechu, żeby pan widział, jak reagują te wszystkie pielęgniarki. Patrzą na mnie jak na zwyrodnialca! Bo i jak mogą reagować? Moja żona, moja ukochana Małgosia wpada w histerię na mój widok. I co pan na to? Co pan by zrobił na moim miejscu? – zapytał z nadzieją w głosie, jakbym mógł rozwiązać ten jego problem.
– Panie Janku, może niech pan na jakiś czas zaprzestanie wizyt? Może pana żona… – zawiesiłem głos, nie wiedząc, co powiedzieć dalej. Bo i co mogłem powiedzieć? Co wymyślić? Może gdybym był kobietą, potrafiłbym jakoś doradzić, wesprzeć, wpadłbym na jakiś świetny pomysł, który w tej chwili omijał mnie szerokim łukiem. Bo i jaki pomysł miał mi przyjść do głowy? Alzhaimer jest bezlitosny, nieubłagany i nieodwracalny. Atakuje znienacka, może dopaść każdego. Współczułem panu Jankowi. Pamiętałem jego i jego żonę z czasów, gdy oboje byli jeszcze zdrowi, w pełni sił. Zazdrościłem im ich wspólnej pasji – podróży po świecie. Oboje byli naukowcami święcącymi triumfy swoich wieloletnich badań. Oboje obronili doktoraty, publikowali artykuły w renomowanych czasopismach, odnosili zawodowe sukcesy… Po czterdziestu latach małżeństwa, po tylu wspólnych latach jego żona nie tylko go nie poznawała, ale bała się go panicznie, reagując krzykiem na jego widok. A on odwiedzał ją co tydzień, wiedząc, że gdy tylko się do niej zbliży, zareaguje krzykiem i płaczem, uciekając i kryjąc się niczym skrzywdzone dziecko na widok swojego oprawcy. Co mogłem mu powiedzieć? Nie znachodziłem słów pocieszenia.
– Zaprzestać wizyt? Panie Wojciechu! Co pan? Przecież Małgosia już całkowicie mnie zapomni – stwierdził ze zdziwieniem. – Przecież tak nie można, jak mógłbym ją w takiej chwili porzucić?
Usłyszałem w jego głosie pytanie, na które znowu nie miałem odpowiedzi. Czy mogłem mu bowiem powiedzieć, że jego Małgosia już go zapomniała, że jego Małgosi już przecież nie ma? Jakie miałem prawo, żeby rzucić mu tę brutalną prawdę prosto w oczy?
– Boże ty mój – kontynuował – co to się porobiło? Wie pan, panie Wojciechu, nasz Marek mi pomaga w opłaceniu tego zakładu opieki. Małgosia ma tam wspaniałe warunki, bo próbowaliśmy tutaj, w domu, pielęgniarki przychodziły, ale nie daliśmy rady… Może gdyby jednak została, to byłoby inaczej, lepiej? Może powinienem się bardziej postarać? – zapytał, nie oczekując odpowiedzi. – Ale Marek ma swoją rodzinę. Musi zarabiać na życie. Musiałem zaciągnąć kredyt, trzy lata spłacałem. Dopiero teraz mi się udało… Ale już jest lepiej, mam emeryturę, daję jakoś radę… Chwała Bogu, że po tej przeprowadzce mam tutaj jednego sąsiada. On samotny, żona mu zmarła. Wieczorami jest z kim pogadać, czasami piwo wypijemy, bo wie pan, panie Wojciechu, Marek ciągle w pracy, dom spłaca, żona, dziecko…
– Panie Janku, może mógłbym jakoś pomóc? – spytałem, wiedząc, że moja propozycja nie spotka się z aprobatą.
– No, co też pan! – oburzył się. – Przecież ja dam radę. Ale wie pan, tak sobie myślę, że ludzie nie potrafią docenić tego, co mają. Mówiłem panu o moim bracie? – zaprzeczyłem, bo pan Janek nigdy wcześniej nie opowiadał o swojej rodzinie.
– Niech pan sobie wyobrazi, że mój brat, który ma siedemdziesiąt dziewięć lat, porzucił swoją żonę! Byli małżeństwem przez pięćdziesiąt siedem lat i raptem ten wariat stwierdził, że Marysia nie zaspakaja go seksualnie! Pan sobie to wyobraża? Nie zaspakaja go seksualnie! – krzyknął do słuchawki.
– Przeprowadził się do ich domku nad jeziorem i zaraz po emeryturze sprowadza sobie kurwy. No mówię panu, wydaje emeryturę na kurwy, a ta biedna Marysia, jego żona, oczy wypłakuje, wstydzi się komukolwiek powiedzieć, co ten idiota wyprawia. Jego dzieci próbowały interweniować, do rozumu mu przemówić, ale na nic się to zdało! Skończyło się tylko awanturą i groźbą wydziedziczenia.
– Ile on ma lat? – dopytałem, nie mogąc uwierzyć, że facet prawie trzydzieści lat starszy ode mnie ma bardziej urozmaicone życie erotyczne od mojego. – Panie Janku, to raczej niemożliwe, sam pan rozumie, on tylko tak się pewnie wygłupia… Facet w jego wieku już raczej w pewnych sprawach nie podskoczy…
– Panie Wojciechu, podskoczy, podskoczy – zapewnił. – Serce ma jak dzwon, niebieska pigułka działa bez zarzutu, emerytura wysoka, o wiele wyższa od mojej… On ma jakieś pięć tysięcy co miesiąc. Sam pan rozumie…
Prawdę mówiąc, nie za bardzo rozumiałem. Zakończyłem rozmowę nieco przygnębiony. Mojemu sercu daleko było do dzwonu, więc niebieska pigułka nie wchodziła w grę. Pozazdrościłem nieznanemu mi osiemdziesięciolatkowi. Co by nie mówić, ma facet ułańską fantazję.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Historie codzienne – Wino w życiu człowieka

21 lip

Wino w życiu kobiety

15 marca
Zwlokła się rano z łóżka, poczłapała do łazienki i zerknęła w lustro. Potargane włosy sterczały na wszystkie strony. Wczorajszy makijaż rozmazał się na jej twarzy, znacząc czarne smugi ciągnące się od oczu i znacząc szarością policzki.
– Jestem dziwnym człowiekiem – powiedziała, obserwując własne odbicie. – Jak mogłam się tak załatwić? Noc nieprzespana, twarz zmarnowana, kac horrendalny, łeb pęka… I po co mi to? Nie wystarczyły dwa drinki, musiałam dotrzymywać kroku Renacie?
Zrzuciła zmiętą sukienkę, ściągnęła bieliznę i upchała wszystko do stojącej w kącie pralki. Z cichym jękiem wlazła do wanny, zasunęła szyby ekranu, by po chwili stać już pod strumieniem ciepłej wody lecącej z prysznica. Głowa jakby przestała pulsować, gdy wmasowywała szampon we włosy, czując delikatną woń lawendy. Lawendowe mydło dopełniło szczęścia, gdy zmywała z siebie ślady wczorajszej imprezy. Postanowiła napić się kawy i zjeść chociaż serek wiejski, bo bała się, że jej żołądek nie jest jeszcze gotowy na coś bardziej konkretnego. Rozsmarowując serek na pasku kruchego pieczywa coś sobie przypomniała. Nie wiedziała, czego konkretnie to wspomnienie dotyczy, ale nagłe przeczucie czegoś nieprzyjemnego zdominowało jej myśli. Kurważ twarz! Coś zrobiła! Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że była nieco dziwną osobą, więc i czasami zachowywała się dziwnie i robiła rzeczy, których potem żałowała, a których cofnąć się nijak nie dało. Na przykład po winie czy też kilku drinkach włączała jej się prawdomówność granicząca z głupotą, a drinków tych wypiła na tyle, by uczucia niepokoju nie dało się wyeliminować. Teoretycznie powinna zrezygnować z wina, ale czasami się nie dało. I tak było tym razem…Wina za dużo, SMS-y do Filipa za szczere…
– Ja pierdylę! – zaklęła z mocą. – Filip! No jasne! Pisałam do Filipa! – Zerwała się z krzesła i pobiegła szukać torebki, w której musiała być jej komórka. Przeszukała folder z wiadomościami, który teraz był pusty. No, tak, przecież zawsze kasowała wysyłane po pijanemu wiadomości, jakby nietrzeźwa Danka bała się, że Danka trzeźwa zrobi awanturę tej pijanej… Najgorsze, że Filip nie odpisał, zamilkł jak głaz, czemu się wcale nie dziwiła, powoli przypominając sobie, co wczoraj pisała, płacząc na swoim samotnym losem… Widać, była zbyt szczera i się chłop na dobre wkurzył. Bo i jak można przełknąć szczerość, że ona potrzebuje mężczyzny, a on tych kryteriów nie spełnia i ona ma dość czekania na zmianę, na którą i tak nie ma szans, bo on woli pozostać kolegą? Poczuła, że ze wstydu oblewają ją to gorące, to zimne poty. Najlepiej byłoby zapaść się pod ziemię, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. I cóż miała począć w takiej chwili? Postanowiła zamilknąć na wieki, a przynajmniej poczekać na ruch Filipa, który – jak miała nadzieję – taki ruch kiedyś wykona.

27 marca

A jednak zadzwonił! A właściwie oddzwonił po jej natarczywych SMS-ach, w których najpierw próbowała udawać, że z tym prawdziwym mężczyzną to się wygłupiała, potem zaczęła go przepraszać, na końcu – wkurwiona zaciekłym milczeniem – odwołała się do męskiej odwagi, której chyba mu brak… Więc jednak jest odważny – zadzwonił. Powiedział, co o niej myśli, zakazał picia wina (bo się cholernik domyślił, że degustowała); powiedział nawet, że może sobie szukać tego prawdziwego faceta, herosa i Adonisa w jednym, bo on to się ani na herosa, ani tym bardziej na Adonisa nie przerobi, więc daje jej wolną drogę, ba!, nawet sekundować jej w tych poszukiwaniach będzie i to całkiem szczerze… Wygarnął jej to wszystko z grubej rury tonem nieznoszącym sprzeciwu, nie dopuszczając Danki do głosu. Już miała się obrazić, bo ostatecznie to o cóż taki raban robić?, gdy usłyszała, że Filip zamierza przyjechać, więc może ona zerknie łaskawie na repertuar kin czy też filharmonii, jeśli oczywiście do tego czasu jego przyjazdu nie znajdzie sobie tego prawdziwego. Odłożyła telefon z uczuciem ulgi i jedynie właściwym wnioskiem: degustacja winogron w płynie dała pozytywne efekty i Filip zjawi się u niej po miesiącu rozłąki. Gdyby nie wypiła, nie opieprzyłaby go, Filip by się nie przestraszył, że ona ruszy na łowy… Czyli czasami warto być i pijaną, i szczerą.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Monolog na temat wanny

16 lip

Monolog wewnętrzny na temat wanny

Boże! Uciec, uciec stąd! Uciec jak najdalej, byleby jak najdalej! Co zrobić, żeby uciec? Nawet tego nie umiem, umiem tylko biadolić nad swoim życiem i nic więcej. Pieprzony życiowy nieudacznik. A kobieta? Jestem przecież kobietą. Nieudaczniczka? Pieprzona życiowa nieudaczniczka? Głupia stara pinda! Tyle lat minęło, a ja ciągle w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, wałkuję swoje niepowodzenia, roztkliwiam się nad sobą, analizuję wciąż to samo, znowu to samo, w nieskończoność to samo! Nuda, nuda, nuda! Znowu się kąpie? U nas? Synek mamusi, perełka mamusi, mamusine oczko w głowie. Niech to szlag! Jestem nienormalną, starą, podłą egoistką, i co z tego, że się kąpie? Jestem podła? Nie mam skrupułów? Niechże się kąpie, do cholery! Czegoś mi ubędzie, gdy się wykąpie? Odbija mi, jak Boga kocham, odbija mi! Zaczynam wariować, mówię do siebie, a właściwie to nie mówię, myślę sama… do siebie? Sama ze sobą myślę? Można myśleć w taki sposób? Matka przemyka chyłkiem do łazienki, myje wannę. Skończył trzydziestkę, a ona ciągle myje po nim wannę! I co z tego? Co to mi przeszkadza? Niech sobie myje, sprząta, pierze. Co za kobieta! To dlatego nie chce, żebym odeszła, znalazła sobie mieszkanie, wreszcie miała coś własnego, tylko swojego. Boi się, że ja odejdę, jej zabraknie, a on zostanie sam, nie da sobie rady. Kto wtedy będzie mył po nim tę cholerną wannę, gdy jej zabraknie? „Nie możesz się od niego odciąć! Nie możesz. I żebyście się po świecie nie szukali”, powtarza monotonnie, jakbym nie mogła zapamiętać tego już za pierwszym razem. Rany! Kobieto! Kto tu kogo ma szukać i po co? Boisz się, że nie będzie mnie pod ręką, gdy go coś zaboli? Gdy znów trzeba będzie rozwiązać egzystencjalny problem nie do rozwiązania? Ile już ich było? Tych kłopotów, zagadek, rebusów wypełniających mnie po brzegi, wylewających się ze mnie, pęczniejących we mnie bólem i szlochem? Nie widzisz, że mam dość, że już nie daję rady? I nie patrz na mnie z takim wyrzutem. „Masz tylko jego jednego. Jedynego. Pamiętaj”. A on nie ma mnie jednej? On nie musi o mnie dbać? Dlaczego to zawsze ja jestem winna? Czy zawsze muszę mieć poczucie winy? A jeśli masz rację i wyrzuty sumienia świadczą o mojej winie? A jeśli tak? Co mam robić, by się ich pozbyć? Pogodzić się z szarością każdego dnia, z prawem panującym w tym domu, w twoim domu? Mam pogodzić się z własną niemocą? „O czym myślisz?”, pytasz. O czym myślę? Chcesz znać nawet moje myśli? A pewnie, ale nic z tego! Na szczęście nie umiesz w nich czytać. Mogę sobie myśleć o czym tylko chcę, dobrze i źle, głupio i mądrze, mogę też wcale nie myśleć. Mogę bezmyślnie gapić się w okno, podziwiać widziany z niego las. Czy podziw to też myślenie? No, dobrze, więc mogę podziwiać myśląc lub myśleć podziwiając i nikt prócz mnie nie będzie miał prawa do tego myślenia, tego podziwu i smutku. Czy to znaczy, że mam coś swojego? Coś własnego, co należy tylko do mnie, czego nie można mi odebrać, przywłaszczyć sobie, wyśmiać, sponiewierać? Czy to jest właśnie ta moja rzecz? Co z tego, że ją mam, skoro ona nie ma kształtu, smaku, woni; skoro nie można jej ani dotknąć, ani zobaczyć; skoro nie można się w niej schować ani zamieszkać? Ona nie ma drzwi, które mogłabym zamknąć na klucz, gdy pragnę odgrodzić się na chwilę od świata. To ja jestem jej drzwiami, to ona chowa się we mnie, to ja pilnuję jej tajemnicy. To straszne! Sama z siebie zrobiłam schowek, skrytkę dla czegoś, co trwa tylko chwilę, a może wcale nie trwa? „O czym tak ciągle myślisz? Nie daje się już z tobą wcale rozmawiać. Jesteśmy niby we dwie, ale ja ciągle jestem sama, bo ty nawet się słowem nie odezwiesz”. Znowu mnie pytasz, o czym myślę? Do cholery! Myślę, żeby wcale nie myśleć i wcale nie chce mi się z tobą rozmawiać! Zostaw mnie wreszcie w spokoju! Mam już swoje lata i wiem, kiedy chcę, a kiedy nie chcę z kimś rozmawiać. Pogadaj sobie z nim! Pozwalasz mu się kąpać w naszej wannie ( za tę kąpiel, do cholery, ja płacę!), umyłaś ją po nim i wytarłaś posadzkę. Niech cię teraz zabawia rozmową, czemu tego nie robi? Poszedł już do siebie? No właśnie. On ma dokąd pójść, prawda? Tylko ja nie mam. Pragnę odejść, co ja mówię! – pragnę uciec, ale na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Mam zostawić cię samą? Poradzisz sobie beze mnie? Będziesz taka samotna, bardziej samotna niż teraz, gdy domagasz się uwagi, gdy prosisz o rozmowę. Czyżbym na samą myśl o opuszczeniu ciebie miała wyrzuty sumienia? Skąd te wyrzuty sumienia? Przecież są nienormalne, tak właśnie! Nienormalne! Normalne jest to, że dorośli ludzie się usamodzielniają, ale ja tego nie potrafię. Chyba nie uda mi się nigdy. Będę tak trwać do końca świata. W końcu coś mnie zabije: albo to, że zostałam, albo to, że odeszłam. Nie ma dla mnie ratunku, nigdy nie znajdę rozwiązania problemu, bo problem to ja. Tak, jestem wielkim starzejącym się, zdziwaczałym problemem i dostaję bzika. Naprawdę, chyba wariuję. Boże! Jeszcze mi tylko tego trzeba. Bzika! Jak ty ze mną wytrzymujesz? To dobrze, że nie wiesz, o czym myślę, bo gdybyś wiedziała, przeraziłabyś się. Próbuję zwalić moją nieudolność na ciebie. Jestem okropna, wiem, ale nie potrafię się zmienić. Tyle lat uczyłaś mnie ustępować innym i w dalszym ciągu tego nie umiem. Już się tego chyba nie nauczę. Staram się, ale mi nie wychodzi. I czemu? Byłoby mi lepiej, dużo lżej, gdybym umiała przyjąć z pokorą to, co mi pisane lub co mnie spotyka. Po co mi ten cały niemy bunt, którego nigdy głośno nie wykrzyczę w obawie, że sprawię wam obojgu przykrość, na którą sobie nie zasłużyliście, po której poczucie winy na pewno mnie zeżre? Ono mnie nigdy nie opuści, jest przy mnie zawsze, zna moje myśli, umie w nich czytać, wyciąga wnioski, przewiduje, karci mnie za to, co zrobiłam, powiedziałam, pomyślałam; uprzedza to, o czym zamierzam pomyśleć. „O czym myślisz?”
Myślę, że jestem podła, że wciąż pamiętam o tej cholernej wannie wypucowanej teraz do czysta, o której nie chcę przecież pamiętać; nie chcę, ale pamiętam, nie jestem panią własnej woli. Nigdy nie byłam jej panią, więc dlaczego się dziwię, że nie mogę nad nią zapanować? Chce mi się płakać, ale nie będę. Nie pokażę przecież, że jestem słaba, bo znowu powiesz, że jestem głupia. Będziecie się oboje śmiać, że się starzeję, że to typowy symptom staropanieństwa. Ale kiedyś ucieknę. Zapomnę o tej cholernej białej wannie, o tym, że jestem dziwna i inna niż wy. Będę mogła płakać, myśleć, sprzątać po swojemu, a ty nie będziesz mi zadawać pytań, przypominać, jaka jestem wredna i poprawiać po mnie, gdy zrobię coś nie tak, jak chcesz. Odejdę, jeszcze nie wiem, kiedy, nie wiem też dokąd, ale odejdę. A potem zajmę się moim poczuciem winy. Odpłacę mu za te wszystkie lata, za strach, za wstyd, za świadomość niewdzięczności wobec ciebie. Już wkrótce… „O czym myślisz?”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Poselska pomoc świąteczna

17 gru

Praca posła ciężką jest, zwłaszcza wtedy, gdy po kryjomu w nocy musi podjąć decyzje ważące na życiu wszystkich obywateli. Pensja za tę pracę jest jednak godziwa i niejeden z nas chciałby tak „ciężko” pracować, żeby dostać co miesiąc kilkanaście tysięcy złotych, mieć darmowe bilety, jeździć za pieniądze podatników po całym świecie, czy móc kupić nowe auto z salonu z 40 % zniżką… Jak więc nazwać kilkudziesięciotysięczne gwiazdkowe premie dla marszałków Sejmu? Bezczelność partii rządzącej, która wygrała wybory z hasłami o równości, prawie i sprawiedliwości, sięga obecnie zenitu. Jak można twierdzić, że walczy się o prawa dla najbiedniejszych, podczas gdy tym najbiedniejszym nie dało się na święta złamanego grosza, a sobie napycha się kabzę państwowymi, czyli naszymi pieniędzmi? I co mi po tym, ze Jaśnie Oświecony Prezes kazał oddać świąteczne premie na cele charytatywne? Najpierw rządzący ograbili państwową kasę, a teraz oddadzą te pieniądze na cele charytatywne? Czyli komu? I nikt z nich nawet nie pomyślał, żeby dać chociaż po 100 złotych emerytom i rencistom, których los ponoć jest dla posłów i prezesa bardzo ważny… Podobne rzeczy robiła PO, czyż nie miało być inaczej?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

O co w tym wszystkim chodzi?

16 gru

Wiem, że nie tego oczekujecie. Przepraszam! Ale nie jestem w stanie tworzyć fikcji literackiej, gdy wokół mnie zachodzą zmiany, które zaważą na moim, naszym życiu. Od roku w kraju rządzi PiS, którego członkowie szli do wyborów z hasłami konieczności wprowadzenia zmian. Miało być inaczej! Lepiej, sprawiedliwie, prawie… A co jest? Gorzej niż było! PO kradło. Kradło w białych rękawiczkach, nie licząc się z maluczkimi. Ale PiS również kradnie, tyle że bez rękawic! Do władzy doszli nieudacznicy, ignoranci i prostacy. Nie rozumiem, jak można pozbawić ludzi emerytur za to, że urodzili się za wcześnie. Nie przemawia do mnie argumentacja, że żołnierze i milicjanci służyli wrogiemu państwu, bo obecne CBA, wyważające drzwi o szóstej nad ranem, niczym nie różni się od służb poprzedniego systemu, a oceniane jest zupełnie inaczej. Nie rozumiem, jak można podzielić społeczeństwo, nazywając kogoś gorszym sortem. Nie rozumiem, jak można wyrzucać dziennikarzy z Sejmu tylko po to, żeby nie mogli relacjonować na bieżąco obrad. Czy na tym ma polegać demokracja? O co w tym wszystkim chodzi? Nie rozumiem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Starość nie radość (7)

28 lis

– No i co? – spytała Wiesia. – Jak te twoje sprawy sercowe?
– Ale jakie? – zdziwiłam się, bo jakież ja mogłam mieć sercowe sprawy?
– No a ten cały Gustaw? – Teraz z kolei to ona się zdziwiła. A, prawda, Gustaw. Ale czy ja mogłam powiedzieć cokolwiek o Gustawie w pespektywie problemów sercowych? Czy w ogóle mogłam łączyć Gustawa z moim sercem? Kurczę, właściwie to jednak chyba powinnam?
– To ile lat wy się już znacie? – Wiesia uczepiła się tematu jak rzep psiego ogona.
– Dziewięć – odpowiedziałam z niechęcią. Wiesia gwizdnęła cichutko, jakby z lekkim podziwem.
– Szmat czasu – dodała. – A twoja mama? On jej się podoba? Akceptuje go?
– Nie wiem, przecież go nie zna.
– Do tej pory go nie przedstawiłaś? – zdziwiła się po raz kolejny. – Ale właściwie dlaczego? Wstydzisz się matki czy jego?
– Rany! Wieśka! Nikogo się nie wstydzę, on po prostu nie chce poznawać mojej rodziny, to co mam zrobić? Jak go zmusić? Pozbawić przytomności i zawlec do domu przed oblicze matki, a gdy się obudzi, postawić przed faktem dokonanym? Nie wiem, jak zareagowałby Gustaw, ale wiem, co zrobiłaby mama… Lepiej nie ryzykować.
– No rozumiem, rozumiem. – Moja przyjaciółka zamyśliła się na chwilę. – Jego matka żyje, prawda?
– Tak, starsza jest kilka lat od mojej. Podobno cały czas na chodzie. Taka babka z biglem.
– I co? Lubisz ją? Jak się z nią dogadujesz?
– Nie znam jej – odparłam posępnie.
– Ależ uparta jesteś, może starowinka chciałaby ciebie jednak poznać? Powinnaś tam do niego pojechać – doradziła usłużnie.
– Jak mam pojechać? Przecież nikt mnie nie zapraszał, nigdy, a ta kobieta najprawdopodobniej nic o mnie nie wie. Nie ma pojęcia, że ja istnieję. – Wiesia przyjrzała się mi z nieukrywaną ciekawością. I zaczęła wyliczać na palcach listę moich niedociągnięć.
– Podsumujmy: znasz go dziewięć lat, on trzyma się z daleka od twojej rodziny, trzyma cię w ukryciu, rozumiem, że jego znajomych też nie znasz, a on nie chce poznać nas, prawda? – Nie czekała na moją odpowiedź, kontynuując swój wywód. – Urlopy spędzacie osobno, w sylwestra i andrzejki jesteś sama, w majowe weekendy podobnie. Przyjeżdża raz na miesiąc, a z tego co pamiętam, raczej raz na kwartał i siedzi u ciebie góra półtora dnia, bo potem ucieka… Bardzo tajemniczy ten Gustaw, nie uważasz?
– Co sugerujesz? – Zaczęłam się lekko denerwować, przeczuwając, do czego zmierza ta rozmowa. – On nie jest żonaty, na pewno.
– Skąd wiesz? Bo on tak powiedział?
– Cholera, no tak, ale jestem pewna, że nie jest żonaty. On nie kłamie. Jest szczery aż do bólu.
– A dlaczego nie chcesz za niego wyjść za mąż? Nie rozumiem, macie wspólne zainteresowania, jesteście coraz starsi, przecież to ułatwiłoby wam wiele rzeczy. Razem jest po prostu łatwiej.
– Wkurzasz mnie, naprawdę. Czy ty słuchałaś moich odpowiedzi na twoje pytania?
– To z nim porozmawiaj, zapytaj, zaproponuj. Co on sobie myśli? Że tak będzie sobie przyjeżdżał, odjeżdżał, a ty wciąż będziesz sama?
– Jak ty to sobie wyobrażasz? Ja mam prosić go o rękę czy co? Facet mi mówi, że podarowanie mi pierścionka zaręczynowego byłoby jak założenie sobie sznura na szyję, a ja mam go prosić, żeby się ze mną ożenił? Tobie, Wieśka, już całkiem odbiło!
– To na chuj ci taki facet?! – krzyknęła, celując we mnie palcem. – Po chuj ci taki ciul? – powtórzyła. – Ty nawet nie możesz mówić, że masz faceta, rozumiesz? Pogoń dziada, bo on tylko zaprząta twoje myśli i przez to nie otwierasz się na inne znajomości, a czas zaczyna pędzić. Jak go pogonisz, to może poznasz kogoś fajnego, sensownego – dodała z nadzieją w głosie.
– Jezusie, Wieśka! Jak ty potrafisz mnie dręczyć, ja się kiedyś przestanę do ciebie odzywać. Może to i dobrze, że ty się stąd wyprowadzasz, bo ja już z tobą rozmawiać nie umiem, a tak przynajmniej spokój będę miała. Po co mi on? Po co? Przyzwyczaiłam się, cholera jasna! No fajny jest, może jest jakiś taki niezborny, męczący i upierdliwy, ale rozmawiać z nim lubię, no czego chcesz jeszcze? A ten twój to co? Upierdliwy, mitoman jakiś pierdolony, pieprzy jak popapraniec. Jedno i to samo, wciąż to samo, jak zdarta płyta. Ubezwłasnowolnił cię prawie, do głosu cię nie dopuszcza, mi tu pierdoli jakieś androny o tym swoim kierowniku, co to go nie docenia, a on przecież najmądrzejszy z całej wsi… i? I po co ci on, co? – Nie czekałam na odpowiedź Wieśki, która zmieniła kolor twarzy na buraczany i ewakuowałam się z jej mieszkania, nim wskazała mi drzwi. Wracałam po tym spotkaniu wkurwiona i obolała, czułam się jak bym za chwilę miała zachorować na grypę, po części dlatego, że zgadzałam się z wnioskami Wieśki. Ale czy rzeczywiście byłoby mi lepiej, gdybym już nie czekała na Gustawa choćby raz na kwartał? Byłam sama, uświadomiłam to sobie już kilka lat temu, ale wizyty Gustawa pozwalały mi choć na chwilę oszukać moją samotność i łudzić się przez kilkanaście godzin, że tak naprawdę wcale samotna nie jestem. Co by mi dało pogonienie Gustawa? Raczej nic. Nie mogłabym się już nawet łudzić. Postanowiłam odłożyć rozważania Wieśki ad acta i jednocześnie otworzyć się na nowe znajomości, o ile jeszcze miałam na nie jakiekolwiek szanse. Ostatecznie Gustaw sam narzucił koleżeńską formułę spotkań, więc o żadnym braku lojalności czy też zdradzie być nie mogło. Po tym postanowieniu wzięłam gorący prysznic i poszłam spać z uczuciem lekkości na duszy. Przyszłość jawiła mi się w jasnych barwach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Starość nie radość (6)

23 lis

Wypiłam wina, wena mnie naszła i napisałam do Gustawa. Niech sobie, kurwa, nie myśli, że zapomniałam, jak planował ze mną kolejne wakacje! Piąte z kolei, bo tych, kiedy na moich schodach skręcił kostkę, która później przeszła w ból kolana, i rehabilitował się cały rok, nie będę mu liczyć. Gnał chłopina po tych moich krętych schodach, żeby mi kupić imieninowy pierścionek i nogę skręcił. Przez moment zastanawiałam się nawet, czy to nie było skręcenie podświadome, ale doszłam do wniosku, że skoro jednak do jubilera doczłapał i kupił, to nie zadziałała podświadomość, tylko przypadek. Też się zachowałam wówczas egoistycznie: zamiast go zapakować w auto i do lekarza zawieźć, to beztrosko wyprawiłam chłopa w drogę powrotną do odległego o trzysta kilometrów domu, nie myśląc nawet, że taka podróż musiała być dla niego piekłem. Dopiero po kilku godzinach uświadomiłam sobie, że postąpiłam jak ostatnia świnia, ale już było za późno na jakiekolwiek czyny naprawcze. Wracając do wakacji…Od pięciu lat jest tak samo: zbliżają się wakacje, czyli mój urlop, i się zaczyna. Najpierw Gustaw planuje jakiś wspólny wyjazd, zwykle jest to coś dziwacznego: mam na przykład uczyć się jeździć konno, podczas gdy on będzie moje postępy w tym anglezowaniu, czy jak to tam się zwie, spokojnie obserwował, siedząc wygodnie w fotelu. Gdy zapytałam, dlaczegóż to ja mam sama konno jeździć, stwierdził, że jako miłośnik zwierząt za bardzo kocha konie i nie pozwoli, żeby biedne zwierzę padło pod jego ciężarem. Ja lżejsza jestem, więc się koń pode mną za bardzo nie zmęczy. To znowuż wymyślił spływ kajakowy jakąś rzeczką, którą pokonywać trzeba drogą wodno-lądową, dźwigając kilometrami kajak, bo rzeczkę ową zagracają gnijące w niej drzewa. Innym razem stwierdził, że pojedziemy pod namiot, żeby biwakować w szczerym polu na odludziu. Czort bierz ten namiot, czort z tym polem i odludziem, ale co z toaletą? To proste pytanie wyprowadziło go z równowagi; zdenerwował się na mnie, krzycząc, że mu kłody pod nogi rzucam, i żebym damy nie udawała, bo ostatecznie nic się nie stanie jak od czasu do czasu wystawię tyłek na powiew świeżego powietrza i użyję liścia zamiast papieru toaletowego. Gustaw celuje w tego typu pomysłach, którym daję zwykle kategoryczny odpór, proponując coś zwyczajnego, miłego i przyjaznego dla ciała i ducha. Gustaw zwykle wtedy robi mi wykład o braku inwencji twórczej, o zaściankowości, kołtuństwie, filisterstwie i innych takich, a potem zgadza się z moim pomysłem i… nie przyjeżdża, bo coś mu przeszkadza: albo nie może zostawić bez opieki rodziców (co rozumiem, bo sama mam podobnie), albo leży złożony jakimś choróbskiem, które jak na złość się do niego przyplątało w przeddzień wyjazdu; albo najzwyczajniej w świecie przestaje się po prostu odzywać. Dziwnym zbiegiem okoliczności po wakacjach się dowiadywałam, że Gustaw, mimo choroby, jeździł po Polsce, zwiedzał nowe miejsca, odsłaniał pomniki, zakładał fundacje, odwiedzał kolegów, jeździł na jakieś imprezy, bywał tu i tam… Jednym słowem, był tak zajęty, że nie miał czasu, by do mnie zajrzeć. Gustaw mi o tym po prostu mówił, pomijając milczeniem nasze wcześniejsze plany. Któregoś razu nie wytrzymałam i wygarnęłam mu, co o tym wszystkim sądzę. Najpierw udawał zdziwienie, potem oskarżył mnie o wybitną złośliwość, następnie zaczął nieskładnie coś dukać, na koniec stwierdził, że rzeczywiście zawalił i następne wakacje spędzimy razem, a ja uwierzyłam. Zawsze mi się wydaje, że tym razem będzie inaczej, że wreszcie gdzieś razem wyjedziemy, może się bardziej do siebie zbliżymy, poznamy, zacieśnimy więzi, może wreszcie, mimo wszystko i na przekór, zechcemy razem coś wspólnego tworzyć… Łudzę się długo, aż w końcu następuje ten moment, w którym już nawet łudzić się nie można. Tym razem było podobnie, więc mu wygarnęłam po którymś tam z kolei kielichu wina, co ja myślę o tych „wspólnych” urlopach. Myślałam, że się obrazi tym razem definitywnie, bo słodka to ja po tym winie nie byłam, co to, to nie, ale nie. Nie obraził się. Przez dwa dni wykazywał wzmożoną aktywność, tak zwane męskie zainteresowanie, że niby to ja taka interesująca, taka piękna, taka seksowna i kobieca jestem, ale na szczęście po tym krótkim zainteresowaniu nastąpił regres i wszystko wróciło do znanej mi normy. Twierdzę, że na szczęście, bo zainteresowanie Gustawa było trochę sztuczne i męczące. Po raz setny dotarło do mnie, że Gustaw mnie nie chce na poważnie, nasze relacje nigdy się nie zmienią, a ja zemrę jako stara panna. On widzi we mnie kumpla. Nawet nie przyjaciela, bron Boże przyjaciółkę!, jestem dla niego kumplem. Trochę dziwne to kumplowanie się, bo nawet kumpla zaprasza się czasami do siebie, a ja na rewizytę już nie mam co liczyć. Może to i dobrze? Niech tak będzie. Co ja się będę narzucać facetowi, który patrząc na mnie, widzi stryczek na szyję? Niech on tam sobie poszuka kogoś, kto mu się z jakąś leliją skojarzy, a nie ze stryczkiem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Starość nie radość (5)

21 lis

– Powinnaś mi podziękować za to, że cię uratowałam – stwierdziła mama, gdy wracałyśmy do siebie.
– Że co? Jak to „uratowałaś”?
– A co, może nie? To by dopiero Dorcia miała używanie, gdyby się dowiedziała, że ten „twój” przez dziewięć lat ani razu nigdzie z tobą nie wyjechał i nigdzie cię nie zaprosił. A przecież wiele razy chciałaś i nawet sama byś za siebie zapłaciła.
– Rany, mamo… – Zabrakło mi argumentów, bo trochę racji w tym było.
– Prawdę mówię! – kontynuowała mama. – I jeszcze jedno ci powiem. Znasz go dziewięć lat, a ja nigdy go nie widziałam. On ani razu nie chciał poznać twojej matki, czy to nie jest dziwne? Ja ci powiem, to jest dziwne! I ja ci więcej powiem, on może być żonaty – ściszyła głos jakby ktoś nas mógł podsłuchać.
– Mamo, proszę…
– Dobra już, dobra. Ale już nie o mnie tu chodzi, nie chce mnie poznać, pal go sześć. Ale co gorsza, on ciebie też nie przedstawił swoim rodzicom! Czy to ciebie nie dziwi? Czy to ciebie naprawdę nie dziwi? – powtórzyła, wymachując mi palcem wskazującym przed nosem. Zaczęłam się zastanawiać nad słowami mamy, bo jakoś do tej pory wcale mi to nie przeszkadzało. Ba! Nawet się nad tym nie zastanawiałam.
– To co mam zrobić? Zmusić go, żeby ciebie poznał? Albo zmusić go, żeby mnie przedstawił rodzicom? Jak mam to zrobić?
– Co to, to nie! – odparła z godnością moja matka. – Ja sobie nie życzę, żebyś obcego faceta zmuszała do poznawania mnie. Jeśli on mnie poznać nie chce, to ja jego tym bardziej poznawać sobie nie życzę, ale ja ci mówię, coś z tym facetem jest nie tak! On musi być żonaty. To nie jest normalne, że ty ani razu nie byłaś u niego. I jeszcze coś ci powiem, możesz się obrażać, ale ci powiem. Wystarczy, że zaczynają się wakacje, a on znika. Zauważyłaś to? Człowiek jest na emeryturze, ma dużo wolnego czasu, a ten znika zaraz na początku twoich wakacji. Kobieto! Opamiętaj się! – Założyła ręce na piersiach i siedziała przez dalszą drogę obrażona jakbym to była winna, że Gustaw nie chce, nie poznaje i znika.
Zaczęłam się zastanawiać nad jej słowami i doszłam do wniosku, że moja matka ma trochę racji. Sama zauważyłam, że Gustaw znika. Może rzeczywiście jest żonaty? Ciekawe, co by mama powiedziała, wiedząc, że ta znajomość nigdy nie przerodzi się w coś poważniejszego? Jak by zareagowała, gdybym jej streściła naszą nie tak dawną rozmowę? W trakcie żartów, gdy zapytał mnie, jaki pierścionek bym chciała w związku z urodzinami, odparłam, że zaręczynowy. Sama nie wiem dlaczego to powiedziałam, może na przekór, może żeby zamieszać lub żeby sprawdzić, jak Gustaw będzie się wił jak piskorz? Najpierw się zaśmiał, potem całkiem poważnie odparł, że podarowanie pierścionka zaręczynowego komuś takiemu jak ja byłoby tym samym, co założenie sobie pętli na szyję. Jak powinnam się zachować po czymś takim? Pewnie powinnam zakończyć tę znajomość raz na zawsze, wykasować jego numer telefonu, adres mailowy, nie odpowiadać na SMS-y, nie odbierać telefonów, ale co to by dało? Już dawno temu uświadomiłam sobie, że nie jestem kobietą mogącą na poważnie zainteresować Gustawa. Właściwie nie wiem, jaka znajomość nas łączyła. Co to było? Przyjaźń? Koleżeństwo? Miłość? No co jak co, ale Gustaw na pewno nie pałał do mnie miłością. Mogłam albo się obrazić, albo pogonić dziada na cztery wiatry, albo przyjąć do wiadomości to, co i tak już przecież wiedziałam: Gustaw we mnie kobiety nie widzi. Jestem kumplem (kumpelką?), koleżanką, przyjaciółką?, znajomą, cholera wie kim jeszcze, ale do miana kobiety życia pretendować nie mogę. I co? Mam płakać? I co to da? Co by mi dało zerwanie kontaktu z Gustawem? Przecież lubię z nim rozmawiać, śmiać się, być z nim. Tylko bym tęskniła. On też nie jest niczemu winny, czy można go winić za to, że ja nie jestem tą właściwą? Nie można i już.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Starość nie radość (4)

21 paź

Odnalazłam ją! Kurde balans! Spotkałyśmy się ponownie po piętnastu latach. Ona, poza zwiększoną masą ciała, prawie się nie zmieniła, ja podobnie (przynajmniej taką mam nadzieję). Dorcia zawsze była wesoła i do bólu szczera, ale nie dane mi było przypomnieć sobie dawnych czasów, bo popełniłam błąd z rzędu kardynalnych i zabrałam ze sobą mamę. Właściwie to nie mogłabym jej nie zabrać, zna Dorcię i jej rodzinę od dziecka, Dorcia uwielbiała moją mamę, zwierzała się jej ze swoich tajemnic, więc gdy oznajmiłam własnej rodzicielce, że nawiązałam ponowny kontakt, mama oświadczyła, że jedzie ze mną i w całym rynsztunku stała przy aucie, żebym jej czasami nie zwiała. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że mama jest megagadułą i nie dopuszcza nikogo do głosu. Tak więc nie miałam żadnych szans na to, żeby sobie z Dorcią normalnie pogadać, powspominać, żeby się zwierzyć z tego czy owego. Ba! Nie miałam też szansy na to, żeby się w ogóle odezwać, bo gdy Dorcia pytała mnie o to czy owo, odpowiadała za mnie mama!
– Spotykasz się z kimś? – zdołałam zapytać, przerywając tokowanie matki.
– Tak, z nauczycielem – odparła Dorcia. – To jest gość wykształcony, na poziomie. I ja ci powiem, że ten poziom mi nie przeszkadza. Dogaduję się z nim normalnie.
– A ty, Anka, dorwałaś wreszcie jakiego chłopa? – Dorcia oddała mi pytaniem. Nim otworzyłam otwór gębowy, by wydać głos, wyręczyła mnie matka.
– Ma, ma! – krzyknęła. – Fajny facet, o osiem lat starszy. Wykształcony, oficer, na emeryturze, nie byle kto – dodała z satysfakcją.
– Jego poziom też mi nie przeszkadza – zażartowałam, łypiąc na matkę wrogo okiem i mrużąc je znacząco, żeby się uspokoiła i przestała wtrącać, ale udała, że niczego nie widzi.
– Kurde, nieźle, nieźle. – Dorcia pokiwała głową z uznaniem. – Długo się znacie?
– O, już dziewięć lat – wyręczyła mnie matka bez skrępowania.
– Ja tu jestem, siedzę obok, sama mogę odpowiedzieć – rzuciłam w jej stronę, bo już mnie to zaczęło wnerwiać.
– Dobra, dobra. – Mama machnęła z lekceważeniem ręką. Co ty, Anulko, taka nerwowa jesteś?
– Ale jaki on jest? Hojny? Bo facet musi być hojny – zaznaczyła z mocą Dorcia.
– A pewnie, że hojny! – odpowiedziała mama. – Ciągle jej coś kupuje, ile pierścionków, ile kolczyków, ile bransoletek! Ho, ho! Dorcia, ona sklep mogłaby otworzyć, mówię ci. – Oczy Dorci rozszerzyły się z zachwytu.
– Mamo… – chciałam uspokoić nieco matkę, ale tym razem przeszkodziła mi sama Dorcia.
– Kurde, to masz szczęście! Bo ten mój, Tadeusz, to hojny nie jest. Węża ma w kieszeni. Do kawiarni zaprosi, nie powiem. Za obiad zapłaci. Ale żeby był hojny? A gdzie tam! Chytry taki, że aż żal. Ani wyjechać nigdzie, ani na żadne wczasy, ani na żadne wycieczki zagraniczne mnie nie zaprosił. Ale ja to mu mówię bez ogródek żadnych, żeby mi pieniądze dał, bo potrzebuję na to i na tamto, a on do mnie, że on za pieniądze z kobietą się prowadzał nie będzie. Taki cymbał. A ja przecież dbam o siebie, paznokcie, fryzjer, kosmetyczka, sama wiesz, ile to kosztuje. On to widzi, podoba mu się, że ja taka zadbana, ale żeby mi coś dorzucić? A gdzie tam! A ty gdzie już byłaś? – spytała, patrząc na mnie z ciekawością.
– Ja? No, nigdzie jeszcze. To znaczy, raz w roku nad morze jadę – odparłam zgodnie z prawdą, patrząc na matkę, którą w tym momencie zatkało i siedziała cicho, rozglądając się wokół, jakby na wystawie była i oglądała dzieła sztuki. Po chwili jednak włączyła się do dyskusji.
– Ale Anka to jeździć nigdzie nie lubi, nawet gdyby ją zaprosił, to ona by nie jechała. Facet inteligentny, to i wie, że ona jeździć z nim nie chce, to i nie proponuje. – Pospieszyła mi na ratunek. Przewróciłam oczami kilka razy, ale żadna z nich nie zwróciła na mnie uwagi.
– Dlaczego nie? – zaprzeczyłam szybciutko, chcąc złośliwie pokrzyżować plany matki. – Bardzo chętnie bym pojechała, ale mnie nigdzie nie zaprasza.
– Tak? – ucieszyła się Dorcia. – To tak samo jak mnie. I dlatego u mnie to już jest końcówka tej znajomości – perorowała. – Mnie tam chłop nie jest potrzebny, ja już jednego męża miałam, wystarczy. Gdyby jeszcze ten Tadeusz hojny był, to tak. Ale po co mi taki chłop? Teraz do Niemiec jeżdżę, zarabiam dobrze, o łaskę nikogo prosić nie muszę. Sama sobie za wycieczki płacę, z koleżankami jeżdżę, to po co mi ten cały Tadeusz?
– A ten Tadeusz zna twoją rodzinę, Dorotko? – zaciekawiła się mama, a ja już wiedziałam, o co jej chodzi.
– No pewnie, a jak inaczej? – zdziwiła się Dorcia. – Zna, ale mama moja go nie lubi, no bo ja jej mówię, że on węża ma w kieszeni. Nie będę oszukiwać.
Posiedziałyśmy jeszcze trochę, posłuchałyśmy narzekań Dorci na skąpstwo Tadeusza, a potem stwierdziłam, że trzeba jechać. Zaprosiłam Dorcię do siebie, to znaczy do nas, bo oczywiście mama od razu stwierdziła, że Dorcia musi przyjechać do naszego domu, a nie do mojego mieszkania i poszłyśmy. Właściwie to powinnam zrobić jakąś małą awanturę, powiedzieć, co myślę o niedopuszczaniu mnie do głosu, ale w końcu stwierdziłam, że przemilczę, przetrwam, a jeśli jeszcze kiedyś będę chciała spotkać się z Dorcią, pojadę już do niej sama.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Ja wobec świata