RSS
 

Starość nie radość (7)

28 lis
0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

– No i co? – spytała Wiesia. – Jak te twoje sprawy sercowe?
– Ale jakie? – zdziwiłam się, bo jakież ja mogłam mieć sercowe sprawy?
– No a ten cały Gustaw? – Teraz z kolei to ona się zdziwiła. A, prawda, Gustaw. Ale czy ja mogłam powiedzieć cokolwiek o Gustawie w pespektywie problemów sercowych? Czy w ogóle mogłam łączyć Gustawa z moim sercem? Kurczę, właściwie to jednak chyba powinnam?
– To ile lat wy się już znacie? – Wiesia uczepiła się tematu jak rzep psiego ogona.
– Dziewięć – odpowiedziałam z niechęcią. Wiesia gwizdnęła cichutko, jakby z lekkim podziwem.
– Szmat czasu – dodała. – A twoja mama? On jej się podoba? Akceptuje go?
– Nie wiem, przecież go nie zna.
– Do tej pory go nie przedstawiłaś? – zdziwiła się po raz kolejny. – Ale właściwie dlaczego? Wstydzisz się matki czy jego?
– Rany! Wieśka! Nikogo się nie wstydzę, on po prostu nie chce poznawać mojej rodziny, to co mam zrobić? Jak go zmusić? Pozbawić przytomności i zawlec do domu przed oblicze matki, a gdy się obudzi, postawić przed faktem dokonanym? Nie wiem, jak zareagowałby Gustaw, ale wiem, co zrobiłaby mama… Lepiej nie ryzykować.
– No rozumiem, rozumiem. – Moja przyjaciółka zamyśliła się na chwilę. – Jego matka żyje, prawda?
– Tak, starsza jest kilka lat od mojej. Podobno cały czas na chodzie. Taka babka z biglem.
– I co? Lubisz ją? Jak się z nią dogadujesz?
– Nie znam jej – odparłam posępnie.
– Ależ uparta jesteś, może starowinka chciałaby ciebie jednak poznać? Powinnaś tam do niego pojechać – doradziła usłużnie.
– Jak mam pojechać? Przecież nikt mnie nie zapraszał, nigdy, a ta kobieta najprawdopodobniej nic o mnie nie wie. Nie ma pojęcia, że ja istnieję. – Wiesia przyjrzała się mi z nieukrywaną ciekawością. I zaczęła wyliczać na palcach listę moich niedociągnięć.
– Podsumujmy: znasz go dziewięć lat, on trzyma się z daleka od twojej rodziny, trzyma cię w ukryciu, rozumiem, że jego znajomych też nie znasz, a on nie chce poznać nas, prawda? – Nie czekała na moją odpowiedź, kontynuując swój wywód. – Urlopy spędzacie osobno, w sylwestra i andrzejki jesteś sama, w majowe weekendy podobnie. Przyjeżdża raz na miesiąc, a z tego co pamiętam, raczej raz na kwartał i siedzi u ciebie góra półtora dnia, bo potem ucieka… Bardzo tajemniczy ten Gustaw, nie uważasz?
– Co sugerujesz? – Zaczęłam się lekko denerwować, przeczuwając, do czego zmierza ta rozmowa. – On nie jest żonaty, na pewno.
– Skąd wiesz? Bo on tak powiedział?
– Cholera, no tak, ale jestem pewna, że nie jest żonaty. On nie kłamie. Jest szczery aż do bólu.
– A dlaczego nie chcesz za niego wyjść za mąż? Nie rozumiem, macie wspólne zainteresowania, jesteście coraz starsi, przecież to ułatwiłoby wam wiele rzeczy. Razem jest po prostu łatwiej.
– Wkurzasz mnie, naprawdę. Czy ty słuchałaś moich odpowiedzi na twoje pytania?
– To z nim porozmawiaj, zapytaj, zaproponuj. Co on sobie myśli? Że tak będzie sobie przyjeżdżał, odjeżdżał, a ty wciąż będziesz sama?
– Jak ty to sobie wyobrażasz? Ja mam prosić go o rękę czy co? Facet mi mówi, że podarowanie mi pierścionka zaręczynowego byłoby jak założenie sobie sznura na szyję, a ja mam go prosić, żeby się ze mną ożenił? Tobie, Wieśka, już całkiem odbiło!
– To na chuj ci taki facet?! – krzyknęła, celując we mnie palcem. – Po chuj ci taki ciul? – powtórzyła. – Ty nawet nie możesz mówić, że masz faceta, rozumiesz? Pogoń dziada, bo on tylko zaprząta twoje myśli i przez to nie otwierasz się na inne znajomości, a czas zaczyna pędzić. Jak go pogonisz, to może poznasz kogoś fajnego, sensownego – dodała z nadzieją w głosie.
– Jezusie, Wieśka! Jak ty potrafisz mnie dręczyć, ja się kiedyś przestanę do ciebie odzywać. Może to i dobrze, że ty się stąd wyprowadzasz, bo ja już z tobą rozmawiać nie umiem, a tak przynajmniej spokój będę miała. Po co mi on? Po co? Przyzwyczaiłam się, cholera jasna! No fajny jest, może jest jakiś taki niezborny, męczący i upierdliwy, ale rozmawiać z nim lubię, no czego chcesz jeszcze? A ten twój to co? Upierdliwy, mitoman jakiś pierdolony, pieprzy jak popapraniec. Jedno i to samo, wciąż to samo, jak zdarta płyta. Ubezwłasnowolnił cię prawie, do głosu cię nie dopuszcza, mi tu pierdoli jakieś androny o tym swoim kierowniku, co to go nie docenia, a on przecież najmądrzejszy z całej wsi… i? I po co ci on, co? – Nie czekałam na odpowiedź Wieśki, która zmieniła kolor twarzy na buraczany i ewakuowałam się z jej mieszkania, nim wskazała mi drzwi. Wracałam po tym spotkaniu wkurwiona i obolała, czułam się jak bym za chwilę miała zachorować na grypę, po części dlatego, że zgadzałam się z wnioskami Wieśki. Ale czy rzeczywiście byłoby mi lepiej, gdybym już nie czekała na Gustawa choćby raz na kwartał? Byłam sama, uświadomiłam to sobie już kilka lat temu, ale wizyty Gustawa pozwalały mi choć na chwilę oszukać moją samotność i łudzić się przez kilkanaście godzin, że tak naprawdę wcale samotna nie jestem. Co by mi dało pogonienie Gustawa? Raczej nic. Nie mogłabym się już nawet łudzić. Postanowiłam odłożyć rozważania Wieśki ad acta i jednocześnie otworzyć się na nowe znajomości, o ile jeszcze miałam na nie jakiekolwiek szanse. Ostatecznie Gustaw sam narzucił koleżeńską formułę spotkań, więc o żadnym braku lojalności czy też zdradzie być nie mogło. Po tym postanowieniu wzięłam gorący prysznic i poszłam spać z uczuciem lekkości na duszy. Przyszłość jawiła mi się w jasnych barwach.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Ja wobec świata

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
 

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×