RSS
 

Starość nie radość (3)

11 paź

Popadłam w jakąś dziwną apatię, może nawet chandrę, bo jak tu cieszyć się życiem, gdy policzki zaczynają obwisać, skóra na szyi wiotczeje, na udach tworzy się kalafior, a pięćdziesiątka gdzieś tam czai się za rogiem i przy przychylnych wiatrach zapuka niedługo do drzwi? Rany boskie! Za trzy lata miałam skończyć pięćdziesiąt lat, a niczego w swoim życiu nie osiągnęłam, niczego nie dokonałam i nie wynalazłam. Skoro dotąd w moim życiu nie zdarzyło się nic spektakularnego, to o czym miałabym marzyć, mając pięćdziesiąt lat? O emeryturze? Broń mnie przed nią jeszcze, Panie Boże, bo przecież emerytura oznaczała odsunięcie od życia zawodowego i znajomych, jacy by nie byli, a co za tym idzie – samotność i starość. Czy mogłam marzyc o podróżach po świecie, o których od zawsze marzyłam? Przy mojej pensji nie mogłam niczego uzbierać, chociaż czasami coś tam udawało mi się uciułać, ale nie starczało tego na zagraniczne wojaże. Nie starczało nawet na letnie weekendy poza miejscem zamieszkania. Byłam jedynie w stanie odłożyć na tydzień urlopu nad moim ukochanym polskim morzem (innych mórz nie miałam dane poznać i pokochać lub znielubić) z Reną. Rena to moja przyjaciółka, trzy lata młodsza, o czym nieustannie mi przypomina, atrakcyjna i samotna. Tak jak ja. To znaczy, nie twierdzę, że jestem tak atrakcyjna jak ona, ale tak samo samotna. Albo właściwie sama. Tak jak ona, bo przed totalną samotnością ratowały nas nasze rodziny w postaci matek, dzieci, rodzeństwa, siostrzenic, bratanków i całej reszty drzewa genealogicznego. Łączy nas jeszcze jedno – obie wykonujemy ten sam zawód, obie próbujemy uczyć, choć każda walczy na niwie innego przedmiotu. Obie mamy w tym roku zwariowanych rodziców w klasach, więc omawiamy przypadki rodzicielskich oznak niezrównoważenia psychicznego, co pomaga nam przetrwać kolejne miesiące pracy. Dzisiaj sama miałam taki rodzicielski atak. Ośmieliłam się napisać do jednej MI, czyli Matki Idealnej z prośbą o wytłumaczenie jej synowi, że nie może wybierać lekcji, na które chce lub nie chce chodzić. Na jej reakcję nie musiałam długo czekać. Najpierw odpisała mi w tonie pokrzywdzonej i udręczonej matki prześladowanego gimnazjalisty. „Nawet pani wizytator z kuratorium, do której zadzwoniłam w pani sprawie, stwierdziła, że zarówno ja jak i moje biedne dziecko nie mamy żadnych szans w starciu ze złośliwym nauczycielem, więc powinnam pani sprawę załatwić polubownie ze szkołą. Jednocześnie informuję panią, że jest mi przykro z powodu pani prześladowań”, napisała, nie racząc zachować zasad kultury i z upodobanie pisząc do mnie „pani” od małej litery. Później okazało się, że Matka Idealna napisała do mojej pani dyrektor prośbę o konsultacje w mojej sprawie… Na szczęście mam mądrą dyrektorkę, która doskonale zna syna Matki Idealnej i wie, w jaki sposób zachowuje się on na lekcjach, podważając kompetencje nauczycieli. No ale nerwów się najadłam, co jednak nie przełożyło się na brak apetytu, a właściwie przełożył się na wzmożenie apetytu, bo tak już mam, że zajadam stres. I zajadłam! Po kotlecie schabowym i dokładce tłuczonych ziemniaków sięgnęłam jeszcze po ciasto drożdżowe ze śliwkami. Teraz wydaje mi się – zgodnie z teorią, że w każdej sytuacji trzeba znaleźć dobre strony – że w razie huraganu ja będę bezpiecznie tkwić na ziemi, bo nawet najostrzejszy podmuch wiatru nie oderwie mnie od ziemi. Zaraz potem przyszło mi do głowy, że powinnam zjeść cały zapas chowanych po szafkach ciastek i wypić to czerwone wino, żeby mnie nie kusiły przez następne dni. Skoro i tak przyjęłam tyle kalorii, co dawniej więźniowie Alcatraz, to już dopełnię tę bombę kaloryczną, a w następnych dniach ograniczę spożycie i słodyczy, i alkoholu, więc się wszystko wyrówna. Pod koniec winnej butli przypomniałam sobie o przyjaciółce z lat młodzieńczych i tak za nią zatęskniłam, że postanowiłam ją odszukać. Do głowy przyszły mi tysiące pomysłów na odnalezienie Dorci, które po wytrzeźwieniu straciły nie tylko na znaczeniu, ale wydały mi się zupełnie niedorzeczne, choć pomysł spotkania z Dorcią nadal był aktualny. Na szczęście zamiast angażować firmę detektywistyczną (o czym myślałam przy winie) wybrałam najprostszą drogę i poprosiłam o numer telefonu Dorci jej mieszkającą w pobliżu siostrę.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Starość nie radość (2)

03 paź

Zresztą, jak mówi złośliwiec, znaczy się Gustaw, baba musi mieć nogi zgrabne, i cyc, i pic, a ja podobno, czyli w Gustawowej ocenie, te atuty posiadam i sama się dziwię, że mimo wysokiej poprzeczki stawianej przez niego, jakoś mnie tak pochlebnie ocenia. Zresztą Gustaw ma sprecyzowane poglądy czy też upodobania dotyczące kobiecej urody. Po pierwsze, to tak zwany prawdziwy mężczyzna – jak twierdzi – najpierw patrzy na biust, bo biust w sylwetce kobiety jest najważniejszy. Jak ten jest w porządku, wtedy przenosi wzrok na twarz, która wszak ma znaczenie estetyczne. Nie zatrzymując się za długo na górze, podąża wzrokiem w dół, oglądając nogi i zawieszenie. Niskokanalizacyjne u Gustawa nie miałyby żadnych szans i nie chodzi mu wcale o długość nóg, a o proporcje mające większe znaczenie od centymetrów. Co do tak zwanych bezcyckowców, to on zdania nie ma, bo się nimi nie interesuje i nie wie, czy są ładne, czy brzydkie, bo przecież najpierw patrzy na biust. Bezcyckowce dla Gustawa nie istnieją. Co do cellulitu, to ślepa nie jestem, zauważyłam, że moim udom daleko już do ideału, bo szpeci je gdzieniegdzie dziobata pulchność, ale nie będę nad tym lać łez. Jak spojrzę na młode dziewczyny bezkrytycznie wbijające się w króciutkie spodenki, to i one mają cellulit, a skoro młode mają, to dlaczego ja – osoba nie pierwszej już młodości – miałabym być gorsza? Z cellulitem można żyć i to całkiem nieźle. Zresztą, gdyby tak porównać facetów w wieku średnim z kobietami w wieku podobnym, to porównanie takie wypadnie zdecydowanie na korzyść dla płci pięknej, bo płeć atrakcyjna inaczej na atrakcyjności traci zwykle już po trzydziestce. Jak to się dzieje, że faceci tak szybko obrastają mięśniem piwnym, nie dbają o paznokcie, porastają włosem w miejscach, w których włosów być nie powinno i nadal uważają, że mają prawo przebierać w kobietach jak w ulęgałkach? Skąd ta ich pewność siebie? Skąd to przeświadczenie o własnej doskonałości, atrakcyjności i inteligencji? Dlaczego gruba kobieta jest traktowana inaczej niż gruby mężczyzna? Gustaw twierdzi, że prawdziwy facet musi być szorstki, czysty i najlepiej w kolorze khaki, bo przecież mundur jest nieodłącznym elementem mężczyzny, który od zawsze był wojownikiem, myśliwym, rycerzem; walczył, bronił swojej kobiety, rodziny i swojej ziemi, więc nie ma żadnego wytłumaczenia dla męskiej zniewieściałości, która jest przyczyną całego zła. A wszystko to, jak twierdzi, przez tych Francuzów. Czy to nie oni zaczęli używać koronek? Czy to nie oni nakładali peruk? Czy to nie oni przyozdabiali się w kokardy, loczki, sroczki i czort wie co jeszcze? Czy to nie oni paradowali w rajtuzach, skrapiali się perfumami jak baby i pudrowali, zapominając o tym, że zamiast się perfumować i pudrować lepiej się po prostu umyć? Od tego zaczął się upadek Europy, a zapoczątkowali go upudrowani faceci w perukach i legginsach. A za upadkiem Europy nastąpi nasz upadek, bo zapatrzeni w zachodnią, ha!, cywilizację nasi przodkowie, kontusze zamienili na wymyślne fraczki i zaczęli przyczepiać kokardy do butów. Na temat włosów porastających z męskich uszu i wystających z męskich nosów Gustaw zdania nie ma. Indagowany raz tylko stwierdził, że facet to facet i włosem zarosnąć może, ale ta zasada w żadnym razie nie dotyczy kobiet. I jeszcze jedno: facet czasami musi śmierdzieć facetem i to co najmniej na dziesięć centymetrów, co nie znaczy, że ma śmierdzieć od niemycia, powinien śmierdzieć tylko od testosteronu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Starość nie radość (1)

01 paź

Cholera jasna! Jestem stara! Ale kiedy to się stało? Kiedy się zestarzałam? Przecież byłam młoda, zawsze, od zawsze, cały czas, aż tu któregoś razu spojrzałam rano w lustro i zauważyłam, że coś się stało z moją twarzą! Nie mogłam zrozumieć, na czym ta zmiana polegała, ale najwyraźniej było coś nie tak, bo i zmiana na korzystną nie wyglądała. Moja twarz, dotąd gładka, straciła nieco na gładkości i to mną wstrząsnęło. A właściwie nie tyle przestała być gładka, co jakby zaczęła się nieco rozłazić, dziwnie zwisać tu i ówdzie, co urody mi nie dodawało, wręcz przeciwnie. Poszarzałam też trochę, jakiś meszek porastał mi policzki i szczękę, żaden tam zarost, żaden tam wąsik, meszek jakiś taki cholerny, który najpierw mnie zdziwił, potem przestraszył, na końcu do tego stopnia wkurwił, że przejechałam po twarzy depilatorem, co skończyło się niezbyt przyjemną wysypką w postaci czerwonych krostek, które obsiały moją szczękę i policzki niczym muchy muchomora. Zaraz potem zauważyłam cellulit na udach i to mnie już kompletnie dobiło. Ja, która nigdy nie miałam cellulitu, zauważyłam na swoich udach tę cholerną pomarańczową skórkę, bardziej przypominająca jakiegoś obrzydliwego kalafiora niż pomarańczę. Prawdę mówiąc, trochę mi się w ostatnim czasie przytyło, bo moja namiętność – jedzenie – zaczęła wieść prym wśród innych zainteresowań, ale siedemdziesiąt trzy kilogramy przy metrze sześćdziesięciu dwóch centymetrach wzrostu, to nie jest aż tak dużo, żeby od radu kalafiorem porastać i obwisłym podgardlem nad biustem straszyć samą siebie w lustrze. Chwała Bogu, że biust pozostał jeszcze na swoim miejscu, a moje piersi nadal cieszyły się jędrnością i zdobiły górną połowę mojego ciała. Gdy jednak przeanalizowałam sytuację, doszłam do wniosku, że moje piersi są ode mnie całe piętnaście lat młodsze, bo zaczęły mi dopiero rosnąć, gdy byłam w ósmej klasie, co mnie ogromnie ucieszyło. Moje koleżanki zmieniały już wtedy staniki na większe, a ja – mimo że stanik też nosiłam – nie miałam co nim zakrywać, co mnie okropnie wkurzało. Tak więc jędrność cycków dało się łatwo wytłumaczyć piętnastoletnią różnicą wieku w stosunku do reszty ciała, które rozpoczynało walkę z grawitacją. Świadomość przegranej sprawiła mi ogromną przykrość, mimo że jeszcze do niedawna wydawało mi się, że skoro nie piję w nadmiarze, nie palę, nie zażywam i nie rodziłam, to moje ciało starzeć się będzie znacznie wolniej od ciał moich pijących, palących, zażywających, używających i rodzących koleżanek. Nadzieja ta, jak się boleśnie przekonałam, okazała się złudną. Przez chwilę przyszło mi nawet do głowy, żeby zacząć ćwiczyć, sport jakiś uprawiać, rzucić się w wir seksualnych podbojów, które – według Reny – odmładzają mięśnie i kości, eliminując cellulit, ale potem zaraz przypomniałam sobie, że od dziecka nienawidziłam wuefu, za co wuefista lał mnie gwizdkiem po tyłku, nic jednakże nie wskórawszy, a na podboje seksualne w moim wieku szans już nie mam. Jeden znajomy, złośliwiec taki, powiedział kiedyś nawet, że chwila, w której kobieta po czterdziestce (czyli przed pięćdziesiątką!), sensownego chłopa dorwać zdoła i do ołtarza go zawlecze, będzie momentem doniosłym nie tylko dla miasta, ale i dla całego okręgu, bo stojąca przy murach obronnych zabytkowa armata sama wystrzeli. Potem, gdy już przejrzałam skutki mojego długoletniego przebiegu, zmusiłam się do pozytywnego myślenia. I co z tego, że nie mam już dwudziestu lat, jędrnego tyłka i sprężystego ciała? Za to przybyło mi tu i ówdzie i lubię myśleć, że kurze łapki wcale mnie nie postarzają, ale nadają mej twarzy charakteru. Ot, taki znak czasu. Owal mojej twarzy, może i nie dwudziestoletni, trzyma się jeszcze właściwych granic, pośladkami nie zamiatam chodnika, a brzuch nie przykrył mi łona, więc nie mam na co narzekać. No i biust mi urósł, z miseczki B zrobiła się D, co też mnie wcale nie martwi, bo piersi nadal skutecznie opierają się siłom grawitacji i raczej mnie zdobią niż szpecą, ale nie ma się co im dziwić, skoro – jak już wspomniałam – są jeszcze całkiem młode. A teraz, gdy wiek średni zapukał do moich drzwi, mam je sobie na pocieszenie! Pysznią się te moje piersi pełną, wyrazistą wypukłością pod materiałem bluzki, wzbudzając od czasu do czasu zainteresowanie płci wcale nie pięknej i o to chodzi, bo jako kobieta niekoniecznie feministycznie nastawiona do świata, lubię być zauważana i to przez mężczyzn właśnie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Końca świata nie będzie, (95), (ostatni odcinek)

21 lip

I znowu spotkały się we trzy, jak to miały w zwyczaju już od kilkunastu lat. Czas płynął, świat się zmieniał, zaznaczając też zmiany na ich twarzach, ale jedno jak dotąd było niezmienne – miały siebie. Wprawdzie różnie to od czasu do czasu z tymi ich relacjami bywało, ale mimo wszystko jak dotąd mogły na siebie liczyć. Lilka opowiedziała im o Gawlaku, a właściwie o Gawle. W końcu jednak odważyła się zadzwonić do niego, tak jak poradziła jej Magda. Bała się tej rozmowy, a gdy w jego głosie wyczuła chłód, pomyślała, że się wygłupiła. Chciała jak najszybciej zakończyć tę rozmowę, czując, że tej ich znajomości już nie da się uratować, ale nie mogła znaleźć odpowiedniego pretekstu. Uświadomiła sobie, że straciła ostatnią okazję na miłość i że zawsze już będzie sama, zgorzkniała, ząb czasu będzie ją nadgryzał coraz bardziej, coraz wyraźniej i głębiej. W końcu stanie się starą kobietą pesymistycznie patrzącą na świat, zgryźliwą i zadręczającą siebie i innych. Zaczęła wspominać tę rozmowę z Gawłem.
– Skończmy wreszcie z tym pierdu-pierdu – usłyszała w słuchawce i oblała ją na przemian fala zimna i gorąca. Pomyślała, że oto nastąpi za moment to, czego się spodziewała – ostateczne pożegnanie z mrzonkami o wspólnej przyszłości z Gawłem.
– Lilka, ja długo byłem cierpliwy, dałem ci czas do namysłu, ale żyć w takiej niewiedzy nie umiem i nie chcę. Jakiś czas temu zapytałem, czy chciałabyś ze mną być i do dzisiaj nie doczekałem się odpowiedzi. Mam rozumieć, że nie jesteś zainteresowana? – Odetchnęła z ulgą, bo przecież to pytanie świadczyło o tym, że jednak Gaweł nadal o niej myślał, a ta jego rezerwa i dystans wynikały z jej niezdecydowania. Jednocześnie dostrzegła, że jeżeli od razu nie odpowie, to Gaweł zerwie połączenie i nie da jej więcej szansy na jakiekolwiek tłumaczenia.
– Dlaczego tak myślisz? – prawie krzyknęła. – No chyba, że ty się rozmyśliłeś, bo jakoś tak ostatnio nie byłeś zainteresowany spotkaniami ze mną – postanowiła odwrócić sytuację i przejść o ataku.
– No ty chyba żartujesz! – krzyknął, a pod nią ugięły się nogi. Mam cię, robaczku jeden, pomyślała z satysfakcją.
– Boże, Lilka! Ja już nie wiem, co mam zrobić, żeby cię przekonać do siebie. Pomyślałem, że jak się nie będę zbytnio narzucał, to za mną zatęsknisz…
– No to ci się udało, rzeczywiście zatęskniłam – powiedziała wprost, dziwiąc się własnej odwadze.
Siedziała teraz razem z dziewczynami, streszczając im tę rozmowę, a Magda z Iwona zaczęły wiwatować na jej cześć.
– No dobrze, ale co postanowiliście? – zaciekawiła się Iwona. – Przenosisz się do niego? Sprzedajesz mieszkanie? Wynajmujesz?
– Nie, nic z tych rzeczy. Więc oboje postanowiliśmy, że zaczniemy się powoli przyzwyczajać do mieszkania razem. Na razie będziemy ze sobą mieszkać od piątku do niedzieli, raz ja u niego, raz on u mnie. Wiem, że może trochę to dziwne, ale oboje potrzebujemy trochę czasu – usprawiedliwiała się, widząc zdziwioną minę Iwony i zaciekawienie w oczach Magdy.
– Masz rację – poparła ją Magda. – Zamieszkać ze sobą na stałe zawsze zdążycie. Ważne, że jednak się zdecydowałaś.
– Widzę, że mnie odstawiłyście z informacjami na boczny tor – zauważyła z przekąsem Iwona. – Właściwie powinnam się czuć urażona.
– Daj spokój – Magda nie pozwoliła jej się rozczulać nad sobą. – Sama się odstawiła, ganiając za facetami. To my powinnyśmy się czuć odsunięte. Adam, Jacek, Bogdan…
– Dobra, nie zrzędź. Słuchajcie teraz. Ja nie jestem tak strachliwa jak Lilka. Przeprowadzam się do Bogdana. Spokojnie! – uprzedziła pytania. – Nie sprzedam mieszkania. Wynajmę je.
– A co z pracą? – zapytała Magda.
– A co ma być? Będę dojeżdżać. To tylko trzydzieści kilometrów stąd.
– Dobrze to przemyślałaś? – Widać było, że Magda jest wyraźnie zmartwiona.
– Tak, chcę być z Bogdanem. To świetny facet. On to bezpieczeństwo, spokój. Chcę jeszcze raz spróbować. I wiesz co? – Spojrzała na Magdę. – Chcę, żebyś poznała Romka. Nic nie mów! Chodź z nami do kawiarni. Romek jest fajny, może akurat ci się spodoba? No co? Sama chcesz zostać? Lilka wkrótce przepadnie z Gawlakiem, ja będę trzydzieści kilometrów stąd, a ty zostaniesz sama. Kuby już teraz nie ma, a wkrótce wyjedzie na studia. Magda! Naprawdę nie chcesz chociaż spróbować? Co ci zależy?
– Magda, spróbuj – poparła ją Lilka. – Ja wkrótce nie przepadnę z Gawlakiem! – powiedziała z naciskiem – ale zacznę pomagać Marcie. Będzie miała córeczkę. Może rzeczywiście powinnaś dać sobie szansę? I co z tego, że Leon okazał się nie tym, z którym mogłabyś się zestarzeć? I tak wiele ci dał. Dzięki niemu wyglądasz o dziesięć lat młodziej. – Zaczęły się śmiać.
– Może i prawda? Ostatecznie to Leon niczego mi nie obiecywał, sama zaczęłam snuć jakieś plany z nim związane. A ten Romek to kto?
– Elektronik, ma taki nieduży zakład naprawczy sprzętu elektronicznego. Rozmawiałam z nim kilka razy, sympatyczny, z poczuciem humoru. I wolny! Po rozwodzie.
– A wracając do Leona – zaczęła Lilka – to co z Anielą?
– O, chyba kiepsko. Nie wychodzi z mieszkania, po zakupy przemyka tylko, gdy nikogo nie ma na klatce schodowej. Nie rozmawia z sąsiadami, nawet na tym swoim parapecie nie wisi. Pan Stanisław się o nią martwi, nawet mnie zachęcał, żebym razem z nim do niej zaszła… Ale moje pokłady altruizmu nie są aż tak duże. Za bardzo mi zalazła za skórę.
– I patrzcie, jak to jest – westchnęła Iwona. – Wszystko się zmienia. My też. Lilka w końcu zamieszka z Gawlakiem, zostanie babciociocią, ja wyjeżdżam, Magda zacznie się wreszcie umawiać. Kacper zamierza się żenić, Kuba rozpocznie studia…
– Smęcisz – zaśmiała Magda.
– A skąd! – oburzyła się Iwona. – Po prostu mówię, że idziemy naprzód. Poddajemy się zmianom. Czyli nie stoimy w miejscu, to jest przecież fantastyczne, że ciągle nam się chce coś zmieniać, nie uważacie?
– No, coś w tym jest – potwierdziła Lilka. – A jeśli Magdzie nie spodoba się ten Roman? Albo Roman nie będzie nią zainteresowany?
– Umówię się z kimś innym – powiedziała Magda. – Wbrew wcześniejszym deklaracjom zapisałam się na pewien portal randkowy i już umówiłam się na randkę w ciemno. Oczywiście z Romanem też się umówię, a co mi tam? Może naprawdę poznam kogoś, z kim będę mogła jeździć do kina?
– I tylko o to kino ci chodzi? – Iwona przymrużyła oko.
– Nie, ale od czegoś trzeba zacząć. Niczego nie mogę planować za siebie i kogoś bez wiedzy tego kogoś. Ale jestem otwarta na nowe znajomości. I to jest najważniejsze. Ostatecznie, tej względnej młodości czy wieku średniego, jak chcą niektórzy, jeszcze nam trochę zostało. Trzeba je dobrze wykorzystać.
– A jeśli nam się nie powiedzie? Jeśli będzie jak dotąd? – Iwona wpadła w pesymistyczny nastrój.
– Boisz się, że wrócimy do swoich mieszkań i znowu będziemy się regularnie spotykać, żeby razem pić wino? – zdziwiła się Lilka. – Naprawdę uważasz, że to najgorsza opcja? Toż końca świata nie będzie, jak mawia Emilia. – Znowu zaczęły się śmiać i stuknęły się kieliszkami. Bo i rzeczywiście – cóż mogło się stać? Na pewno nie koniec świata.

Koniec

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Końca świata nie będzie (94)

20 lip

Ucieszyła się, gdy Marta jej powiedziała, że rozmawiała z Oliwierem. Oboje postanowili, że Oliwier będzie utrzymywał kontakt z dzieckiem i w miarę możliwości łożył na nie. Lilka nie bardzo wiedziała, co miało oznaczyć to „w miarę możliwości”, ale już się nie czepiała, zadowolona, że jednak Oliwier będzie mieć prawo do bycia ojcem, jeśli tylko tego zechce. Zaczęła się zastanawiać nad tym, co dalej. Marta zostanie matką, z pomocą jej i Emilii powinna szybko stanąć na nogi i radzić sobie z codziennością, a co z nią? Jutro wydawało się być przyszłością jawiącą się w niezbyt różowych barwach. Coraz częściej myślała, że może zostać bez pracy i nie miała pomysłu, co dalej. Na zatrudnienie w szkole nie miałaby już żadnych szans, więc co mogłaby robić? Kto zatrudni blisko pięćdziesięcioletnią kobietę? Czasami budziła się w nocy zdjęta niepokojem o własny byt. Siedziała wówczas po ciemku, wpatrując się w ciemność za oknem i popijając herbatę. Może nie bałaby się aż tak bardzo, gdyby nie była sama i miała jako takie oparcie w mężu. Chociaż, czy pozostawanie na pensji męża może być jakimkolwiek oparciem? Pomyślała o Gawlaku. Po początkowym, dość intensywnym rozwoju ich znajomości, zaczął się wycofywać, trzymając wyraźny dystans. Lilkę trochę to zabolało, bo przecież nie zrobiła niczego, co mogłoby spowodować taki stan rzeczy. Ostatecznie decyzja o wspólnym zamieszkaniu była na tyle poważna, że musiała ją dobrze przemyśleć. Widocznie Gaweł nie tego się spodziewał. Pewnie miał nadzieję, że Lilka potraktuje jego propozycję jak dar niebios, a gdy zaczęła się wahać, zorientował się, że nie jest ona kimś, kogo wprowadza się do swojego towarzystwa i w swoje życie. Spotykali się wprawdzie od czasu do czasu, coraz rzadziej, a te ich spotkania były coraz krótsze. Rozmawiała o tym z Magdą, nie chcąc na razie wtajemniczać w swoje rozterki Iwony. Siedziały we dwie w maleńkim saloniku Magdy, popijały wino i dyskutowały o życiu. Magda też się bała o pracę; wprawdzie nie była tak zaniepokojona jak Lilka, jednak poczucie zagrożenia towarzyszyło jej od dawna. Razem doszły do wniosku, że najbardziej boją się samotności. Dzieci w końcu odejdą, założą swoje rodziny, wyjada, a one zostaną same. Dokąd jeszcze będą mogły utrzymywać ze sobą kontakt, to nie będzie źle, ale kiedyś nastanie taki dzień, w którym i to się zmieni. Ostatecznie człowiek umiera w samotności nawet wtedy, gdy otaczają go inni udzie. Magda przyznała, że sprawa z Leonem wytrąciła ją z równowagi. Najpierw opłakiwała śmierć Krzysztofa, nie mogąc się z nią pogodzić. Nie myślała nawet o żadnym innym mężczyźnie, sekundując Iwonie w nieustannych poszukiwaniach. Żal je było Lilki, gdy jej relacje z Błażejem rozlazły się jak zelżały materiał. Podejrzewała, że ten tajemny romans, w który się wdała, ma w sobie coś zakazanego, więc nie zdziwiła się, gdy Lilka w końcu przyznała się, że romansowała z żonatym mężczyzną.
– I co? Zmieniłam się w twoich oczach? Jestem godna potępienia? – spytała, patrząc jej w oczy.
– Trochę tak – przyznała. – Nareszcie wierzę, że jesteś normalną kobietą, taką z krwi i kości, bo ten twój idealny obraz lilii bez skazy i zmazy trochę mnie męczył. A tak poza tym… Romansem z żonatym chwalić się nie ma co, ale to również nie powód do rozrywania szat. Czasami w życiu tak się po prostu zdarza i nie ma na to mądrych. Kamieniem rzucić mogą tylko ci, co sami są bez skazy, pamiętasz? A co Gawlakiem? Będzie coś z tego?
– Chyba nie, wygląda na to, że on wycofuje się z tej znajomości.
– Ale jeszcze się spotykacie?
– Czasami, właściwie to sporadycznie. Sama nie wiem po co, chyba jednak podświadomie mam jakąś nadzieję? – przyznała się z wahaniem.
– Ale nadzieję na co? Facet zaprosił cię pod swój dach, a ty kaprysisz. Pewnie czuje się z tym źle i dlatego trzyma dystans. Gdyby chciał zerwać całkowicie kontakt, już by to zrobił.
– Cholera, to co ja mam robić? Chciałabym zacząć jakoś spokojniej, wspólne weekendy, wczasy, sylwester…. A ten od razu chciałby z przytupem.
– I ciebie to mierzi? Dziwne – Magda zaśmiała się. – Jedne się wkurzają, że faceci nie traktują ich poważnie, a ty odwrotnie. A swoją drogą… Szkoda, że nam się jakoś nie udaje w tej mierze, nie sądzisz? – Magda puściła do niej oko i obie się zaczęły śmiać.
– Przyznam szczerze, że odchorowałam tę sprawę z Leonem. Kurczę, z niego naprawdę jest fajny facet. Otworzył mi świat! To człowiek ciekawy świata, ciągle czegoś chce, czyta, uczy się. I raptem… Wystarczyło, że się zbliżyłam i koniec. No czy to nie jakieś fatum? Sama powiedz?
– Takie jest życie. Jedni z nas się dorabiają fortuny, inni całe życie klepią biedę, mimo że ciężko pracują. Tak samo jest z kobietami, jedne nie pracują, siedzą na utrzymaniu mężów i pachną, inne muszą zasuwać, a jeszcze inne, takie jak ja, no dobrze, takie jak my, nie są w stanie zainteresować sobą mężczyzny. Czy warto się nad tym zastanawiać? A poszli wszyscy w cholerę jasną! Bierzmy życie takim jakie jest. Jak się ktoś trafi, to będzie, nie trafi się? I co z tego?
– Nie przesadzaj! Ty zainteresowałaś sobą mężczyznę, fajnego, lekarza, przystojnego, mądrego… Złośliwy cholernik, ale fajny! I co?
– Jezu, nie wiem. Myślisz, że popełniłam błąd?
– Dokładnie! Ale możesz go jeszcze naprawić. Wystarczy zadzwonić do niego jutro z pytaniem, czy jego propozycja jest nadal aktualna. Najwyżej powie, że nie. Korona z głowy ci nie spadnie. A ja zamierzam sobie też kogoś zapoznać, to znaczy, zamierzam się otworzyć na znajomości. Ale szaleć w Internecie jak Iwona nie będę. Kurczę, to już jest desperacja – stwierdziła Magda.
– Jak myślisz, uda jej się tym razem? Ten Bogdan wydaje się być rzeczowym człowiekiem.
– Jeżeli go nie stłamsi, to kto wie? Ona ma takie zapędy dyktatorskie, chciałaby mieć faceta nieustannie na smyczy, oddychać jego powietrzem, pilnować, a tak się nie da. Może te wcześniejsze doświadczenia ją czegoś nauczyły, ale to dopiero się okaże.
– Boję się o pracę. Nie mam pomysłu, jak by to wszystko poukładać po ewentualnym zwolnieniu – westchnęła Lilka.
– Daj już spokój. Po co ty się tak katujesz? Możesz się zamartwiać godzinami, tygodniami, a i tak nie unikniesz tego, co ma być, więc po jaką cholerę ciągle myśleć o tym, co ma nastąpić? Daj spokój i żyj. Kto wie, ile tego życia nam jeszcze zostało. Wypijmy za przyjaźń. To jedno nam wychodzi. – Wzniosły kieliszki, by się nimi stuknąć. Wypiły za siebie, swoje nadzieje i marzenia, za wszystkich Gawlaków, Leonów i Bogdanów tego świata, wypiły za przeszłość i przyszłość, za miłość, nawet tę nieodwzajemnioną, na koniec za prawo do błędów, bo przecież to one w jednakowym stopniu uprzykrzają życie, co urozmaicają, czyniąc je wciąż wspaniałą przygodą.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Końca świata nie będzie (93)

17 lip

Iwona szykowała się na randkę z Bogdanem. Spotykali się już od trzech miesięcy i z każdym dniem coraz bardziej cieszyła się z tej znajomości, bo Bogdan okazał się być fajnym facetem. Miał poczucie humoru, cierpliwie znosił jej humory, a przede wszystkim – był wolnym człowiekiem. Rozwiódł się z żoną kilka lat wcześniej, zostawił jej mieszkanie i utrzymywał przyjacielskie kontakty. Kupił sobie dwupokojowe mieszkanko, pomógł też kupić takie swojej dorosłej córce – sympatycznej, ładnej dziewczynie, bardzo do niego podobnej. Taka zaradność bardzo podobała się Iwonie, która nie mogła zapomnieć, że jeszcze nie tak dawno chciała wyeksmitować Kacpra na bruk, żeby kupić mieszkanie sobie i Adamowi. Bogdan dzięki swojej trosce i zaradności dodatkowo zyskał w jej oczach. Zastanawiała się, jak to było możliwe, że w ciągu kilku czy kilkunastu lat stać go było na kupno dwóch mieszkań, ale nie miała odwagi, by go o to zapytać. Raz tylko spytała dlaczego nadal utrzymuje kontakt z byłą żoną. Bogdan spojrzał na nią ze zdziwieniem i odpowiedział, że wprawdzie przestali być małżeństwem, ale nadal są rodzicami, a to zobowiązuje. Poza tym nie rozstali się w gniewie, nie kłócili się przed rozwodem. Rozstali się, bo miłość wygasła i poza dorastającą córką, która szykowała się do studiów, już nic ich nie łączyło. Iwona nie mogła sobie wyobrazić, że przyjaźni się z byłym mężem, w ich przypadku było to niemożliwe. Tak więc w porównaniu z nieodpowiedzialnym Radziem, próbującym ją naciągnąć Adamem czy pompatycznym Jackiem, Bogdan wydawał się być skałą, na której można budować bez strachu o pomyłkę; ten emanujący z niego spokój sprawił, że Iwona przestała się spieszyć. Ostatecznie przemijania nie da się zatrzymać, a człowiek i tak na końcu zostaje sam, więc doszła do wniosku, że nie warto się szarpać i robić coś na siłę. Lepiej pewne rzeczy, zwłaszcza te, od których zależy życie, zostawić własnemu biegowi. Bogdan się nie spinał, nie walczył z wiatrakami, nie próbował przebijać głową muru. Lubił pracować, dużo czytał, umiał gotować, regularnie spotykał się z córką, zapraszał Iwonę do kina, a w wolne dni zwiedzał małe miasteczka. Iwona początkowo nie mogła zrozumieć, co może być ciekawego w zagubionych gdzieś wśród pól i lasów wsiach i miasteczkach, jednak już po kilku tygodniach znajomości zauważyła, że szykuje się do tych wspólnych wyjazdów z prawdziwą przyjemnością. Bogdan się nie spieszył z zacieśnieniem ich znajomości i nie nalegał na fizyczną bliskość. Iwona sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć; ucieszyła się, gdy doszła do wniosku, że Bogdan nie widzi w niej tylko obiektu seksualnego. Przerobiła to już z Jackiem. I przystojny, i wykształcony, i bogaty, a do niczego. Interesował go tylko seks i to tylko okazjonalnie. Kto wie, ile kobiet miał jednocześnie, a że była jedną z wielu, raczej nie miała wątpliwości. Na samą myśl o tym, jak zakończyła z nim znajomość, robiło jej się gorąco. Wspomnienie bójki z tą dorodną blondyną przed jego domem paliło ją wstydem, ale i sprowadzało lęk, że ta sprawa kiedyś wyjdzie na światło dzienne i Bogdan się o wszystkim dowie. Jak wtedy zareaguje? Czy podejdzie do tego z poczuciem humoru, czy też może odwrotnie – stwierdzi, że ona jest wariatką i nie warto się upierać przy znajomości z kimś takim? Miała tylko nadzieję, że skoro Jacek mieszkał w innej miejscowości, a Bogdan nie znał nikogo z miasta, w którym mieszka Jacek, to jest duża szansa na utrzymanie tajemnicy. Coraz bardziej zależało jej na dobrych relacjach z Bogdanem. Fajnie było móc myśleć o nim jak o przyjacielu, na którego można liczyć, gdyby znalazła się w trudnej sytuacji. Zobaczyła go, stojąc przy oknie; podjechał pod jej blok i zaparkował blisko wejścia do klatki schodowej. Gdy ją zauważył, wyszedł z samochodu. Mimo niskiej temperatury miał na sobie czarną koszulkę polo z krótkim rękawem. Przystrzyżone włosy, gładko ogolone policzki, dopasowane dżinsy… Pomyślała po raz kolejny, że fajny z niego facet.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Końca świata nie będzie (92)

13 lip

– Chodzisz z Gawlakiem? – Oczy Iwony mało nie wyszły z orbit, gdy Lilka napomknęła o winie w towarzystwie lekarza. Magda dostała ataku śmiechu. Położyła się na kanapie i raz po raz uderzała dłońmi o uda, śmiejąc się do rozpuku.
– Z czego się śmiejesz, wariatko? To poważna sprawa jest – zezłościła się Iwona, obserwując Magdę, do której dołączyła Lilka. Obie śmiały się głośno, ocierając spływające po policzkach łzy.
– Szurnięte jesteście. Obie! Uspokójcie się wreszcie. Lilka, ty chodzisz z Gawlakiem? Serio?
– Oj tam, zaraz tam chodzę. Żadne chodzę, od czasu do czasu spotykam się na wino lub na kawę. Czasami na lody. Czy to już chodzenie?
– Na jakie lody? – ożywiła się Iwona. Magda znowu zaczęła chichotać.
– Cholera jasna! Tobie to tylko jedno w głowie. Na normalne lody, ja lubię z kawałkami czekolady, on preferuje sorbety, bo mają mniej kalorii, a on uważa, żeby się nie roztyć.
– Poczekaj. – Magda spoważniała i postanowiła włączyć się do rozmowy. – Porozmawiajmy na serio. Jak to się stało, że chodzisz z Gawlakiem na kawę?
– Sama nie wiem. Kiedyś poszłam do przychodni, nastawiłam się na reprymendę, a ten mnie zaskoczył propozycją kawy. Zrobił to w taki niewymuszony sposób, że głupio mi było odmówić. Poza tym, same rozumiecie, Gawlak, który nigdy nie przepuścił okazji, żeby dowalić belfrom, raptem zaprasza na kawę. Takiej okazji nie mogłam przegapić.
– Patrz, co za cholerny dziad! A mnie żadnych leków na grypę nie chciał dać i jeszcze mnie do krematorium wysyłał! – oburzyła się Iwona. – Ale…jakby się zastanowić… To on o ciebie już kiedyś mnie wypytywał.
– Wypytywał? I nic mi nie powiedziałaś?
– Kurczę, nie wiem dlaczego. Początkowo nie zwróciłam na to uwagi. Ostatecznie Gawlak zawsze się czepiał nauczycielek, więc gdy zaczął z taką jakąś ni to kpiną, ni to z humorem o ciebie pytać, pomyślałam, że znowu szuka jakiejś zaczepki. Potem się zdziwiłam, na końcu zapomniałam. A on był po prostu zainteresowany! Ale powiedz, jaki on jest prywatnie? Też taki sarkastyczny?
– Trudno mi ocenić. Właściwie to jest błyskotliwie inteligentny, oczytany, ma poczucie humoru i bardzo się stara.
– Ale? – zapytała Magda, słuchająca uważnie Lilki.
– No właśnie, jest jakieś ale, którego nie jestem w stanie nazwać. Jest w nim coś takiego obcego. On naprawdę się stara, ale mam wrażenie, że dużo w tym sztuczności. Jakby nie potrafił być spontaniczny i wszystko brał na poważnie.
– To zdecyduj się: ma poczucie humoru, czy jest poważny? I żeby tak to przed nami ukrywać? – Iwona pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Krępowałam się wam powiedzieć. Zresztą, Magda była zajęta Leonem, a ty ciągle kogoś poszukujesz… Postanowiłam, że powiem, kiedy nadarzy się okazja.
– Leon znowu zniknął. Tym razem chyba przez Anielę – zachichotała Magda. – Niebacznie spędził z nią noc, o czym Aniela powiadomiła cały blok, gdy rano od niej wychodził. Potem tak go zaczęła prześladować, że facet zwiał. Ale w jakim stylu! Zaaranżował taką scenę, że ho, ho!
– Jaką scenę, co ty mówisz? – Iwona otworzyła wino i przyniosła kieliszki.
– Po wspólnie spędzonej nocy Aniela nie dawała mu stanąć: albo czyhała na klatce schodowej i wciągała go do siebie, uwieszona na jego szyi, albo gnała na górę i dobijała się do niego. Jakoś tak ze cztery dni temu, gdy wracał z miasta, ona już czekała przed swoimi drzwiami. Jak się na niego nie rzuci, jak nie zacznie obcałowywać, a ja przy wizjerze, bo mnie ciekawość zżerała, to od razu przyznaję. On stanął jak słup soli, a ta go ciągnie do siebie, i ciągnie, wrzeszczy głośno, żeby wszyscy słyszeli w jakiej to oni komitywie. I raptem Leon mówi do niej, że musi się przebrać, bo za godzinkę ma wizytę u lekarza, już się zarejestrował. Ta od razu chciała iść z nim, ale on wtedy zmarkotniał i mówi, że właściwie to miał nadzieję, że ona po wino pójdzie, żeby na wieczór było. Aniela jak się nie zakręci, raz jeszcze go cmoknęła i pobiegła się przebierać, żeby po to wino pójść, a on poszedł do siebie i…
– I? – spytała Lilka.
– Gdy mijał moje drzwi, puścił oko! – zaśmiała się, krztusząc się winem. – Aniela zamknęła swoje mieszkanie i ze śpiewem na ustach pomknęła jak gazela do marketu po wino, a ten pięć minut później zaczął znosić walizy! Dwa razy obrócił. Na koniec wetknął mi kartkę pod drzwi z jednym słowem „Przepraszam”. I pobiegł.
– A co z Anielą?
– Wróciła. Czekała. Pewnie najpierw dzwoniła na komórkę, potem pobiegła na górę. Sterczała pod drzwiami. Zaczęła też się do mnie dobijać, wredna baba. Aż w końcu oświecił ją pan Stanisław, mówiąc, że Leon do przyjaciół pojechał, bo jego żona z zagranicy przyjechała i tam się mają spotkać!
– O cię choroba! Jak Aniela zareagowała? – zaciekawiła się Lilka.
– Normalnie! Zabarykadowała się w mieszkaniu. Nie wychodzi od czterech dni. Ale spokojnie, żyje. Dzisiaj słyszałam, jak śpiewała smętnie.
– Kara za grzechy babę dopadła. – Iwona uniosła kieliszek do toastu.
– Zranione serce, co zrobić? Musi swoje przecierpieć. Na to rady nie ma – podsumowała Magda, wznosząc toast z uśmiechem na ustach.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Końca świata nie będzie (91)

10 lip

Marta czekała na nią przy bramce. Stała tam taka bezbronna, zapłakana i biedna, że serce Lilki skurczyło się na jej widok. Jej mała dziewczynka zostanie matką, na dodatek samotną. Postarała się o promienny uśmiech, by nie dawać Marcie powodu do kolejnego wybuchu paniki.
– Gratuluję, kochanie – szepnęła, przytulając ją do siebie. – Weszły do domu, w którym Emilia już nakryła stół serwisem do kawy i postawiła ciepłe jeszcze ciasto.
– I czego tu gratulować? Moje koleżanki będą studiować, podróżować, romansować, a mnie będzie rósł brzuch.
– Z tego, co wiem, studia nie są i nigdy nie były twoim priorytetem – głos Emilii był stanowczy i silny. – A jeśli kiedykolwiek zechcesz uzupełnić wykształcenie, to nic nie stanie ci na przeszkodzie. Lila gratuluje ci macierzyństwa, bo jest czego. Macierzyństwo to dar, to błogosławieństwo, a ty ciągle rozpaczasz, jeszcze tym nieustannym zadręczaniem się zaszkodzisz sobie i dziecku.
– Babciu, tylko bez tych sloganów. Macierzyństwo to pieluchy, kaszki, kupki. Błogosławieństwo? Chyba w filmie.
– Nie bluźnij, dziecko, nie bluźnij! Miliony kobiet na świecie marzą o własnym dziecku i na marzeniach się to kończy. Leczą się, szukają lekarzy, znachorów, cudotwórców. Niektóre z nich są tak pocięte po kolejnych operacjach, że ich ciała przypominają patchwork i nic to nie daje. Wiec przestań wreszcie biadolić!
– Łatwo powiedzieć. Będę samotną matką. Moje koleżanki… – Lilka nie pozwoliła jej dokończyć. – Nie jesteś sama, masz babcię i mnie. Jest jeszcze ojciec dziecka. Jaki by nie był, moim zdaniem, powinien o ciąży wiedzieć, ale decyzję o tym pozostawiam tobie. Nigdy nie byłaś i nie będziesz sama, bo gdy nas zabraknie, będziesz miała swoje dziecko. – Marta westchnęła głęboko i otarła oczy.
– Będziesz ze mną przy porodzie? – spytała, patrząc na Lilkę, która zakrztusiła się kawałkiem ciasta.
– Gdzie? W szpitalu? Na sali porodowej? – upewniła się, czy się nie przesłyszała.
– Zamierzam rodzić w szpitalu.
– Lilu, może to nie jest najgłupszy pomysł? – pochwaliła Emilia. – Marta nie będzie sama, a ty zobaczysz, jak wygląda poród. Przez tyle lat byłaś matką, że ci się też coś od życia należy, prawda? – Mrugnęła do niej porozumiewawczo. Lilka siedziała jak ogłuszona. Miała towarzyszyć Marcie przy porodzie? Rany boskie! Co ta dziewczyna wymyśliła?
– Zgódź się, proszę! Teraz rzadko która kobieta rodzi sama, przy każdej jest mąż czy partner. Nie chcę być tam sama, boję się.
– Oczywiście, że będę. Jakoś sobie tam razem poradzimy chyba, co? – Lilka spojrzała z nadzieją na Emilię, oczekując otuchy. Ostatecznie z ich trójki, to tylko Emilia była wcześniej na sali porodowej, więc nawet po kilkudziesięciu latach mogła na ten temat cokolwiek powiedzieć.
– Wy obie to trochę jakby nienormalne jesteście. Inne przed wami dały radę, po was będą dawać radę, to dlaczego wy nie miałybyście dać rady? Pewnie, że poród to żadna przyjemność, strach, ból, ale przecież minie. A dziecko zostanie. I da nam wszystkim tyle szczęścia, że po tym porodzie pozostaną tylko mgliste wspomnienia, więc przestańcie mnie denerwować, bo jak wy się denerwujecie, to ja się też denerwuję, a ktoś w tej rodzinie musi zostać rozsądny!
– Ciekawe jak Graża zareaguje na wieść, że Marek zostanie dziadkiem? – zapytała Lilka, sięgając po kawałek sernika.
– Może ją trafić – stwierdziła Emilia.
– A to dlaczego? Co Graża ma do mojego dziecka?
– Niby nic, ale gdyby to był chłopiec, to twój ojciec widziałby w nim przyszłego sukcesora, nazwisko byłoby komu przekazać… Sama rozumiesz… – Emilia mrugnęła porozumiewawczo do Lilki.
– Babciu, nie gniewaj się, ale wolałabym, żeby ojciec trzymał się z daleka od mojego dziecka. Nie był mi ojcem, nie będzie też dziadkiem, a na samą myśl o Graży w pobliżu kołyski, ciarki mnie przechodzą. Niech ta kobieta trzyma się od nas z daleka. – Lilka zauważyła, że Marta, przed chwilą roztrzęsiona i płacząca, weszła w inną rolę, w rolę matki walczącej i pomyślała, że wszystko się jakoś ułoży. Odpędziła od siebie myśl od asystowaniu Marcie przy porodzie. Jakoś to będzie, pocieszyła sama siebie. Jakoś to będzie. Jak zawsze.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Końca świata nie będzie (90)

07 lip

Marta rzeczywiście była w ciąży. Ta informacja, którą Marta przekazała jej telefonicznie, na moment pogrążyła ją w rozpaczy.
– I co? Nic nie mówisz? Nie cieszysz się, nie krzyczysz ze złości? – w głosie siostrzenicy usłyszała ni to kpinę, ni gniew, a może i strach? Nie wiedziała, jak ma zareagować, co powiedzieć, żeby dodać otuchy.
– A co mam powiedzieć? To nie koniec świata. Dziecko to szczęście, sama zobaczysz. Nie zamieniłabym tych lat spędzonych z tobą na żadne sukcesy, luksusy, podróże po świecie i filmowych amantów, więc co mam ci więcej powiedzieć? Sama się przekonasz. – Usłyszała płacz Marty, która nic nie odpowiedziała, tylko po prostu zaczęła głośno płakać.
– Ciociu, boję się – wykrztusiła, szlochając. – Ja sobie nie poradzę, nie umiem obchodzić się z małymi dziećmi. Ja nie dam rady.
– Oj, Marta, Marta, ty to zawsze wyszukujesz dziury w całym. – Starała się nadać głosowi lekki ton, choć początkowo, w przypływie bezradności, miała ochotę spytać, czy nie pomyślała o konsekwencjach, uprawiając seks bez zabezpieczenia. Na szczęście ugryzła się w język. Pomyślała, że wzbudzanie u Marty poczucie winy teraz może tylko pogłębić jej katastroficzną wizję świata i nic dobrego nie przyniesie.
– Marta, czy ty widziałaś jakąś dziewczynę, którąś ze swoich koleżanek, która po zajściu w ciążę od razu nabywała umiejętności zajmowania się noworodkiem? Dziecko, to wszystko przyjdzie samo i to bardzo szybko. Dlaczego już teraz się martwisz czymś, co wcale nie jest żadnym problemem?
– A mama?
– Mama? Nie rozumiem?
– Moja mama, jak sobie radziła ze mną?
– A widzisz, to jest dobre pytanie – Lilka zaczęła się śmiać. – Twoja mama była większą panikarą od ciebie. Chyba masz to po niej. Jak ona się bała, że nie będzie umiała ciebie wykąpać i zarośniesz brudem. Potem płakała, że nie umie ugotować kaszy manny, więc pewnie będziesz przymierać głodem… Co ja z nią przeszłam! A w wymyślaniu różnych przeciwności losu twoja mama była mistrzynią.
– No i jak sobie poradziła? – Marta cały czas płakała, chociaż już nie tak spazmatycznie.
– Konkursowo! Jak na mistrzynię przystało! Nikomu nie pozwoliła się do ciebie zbliżyć, bojąc się, że nikt sobie nie poradzi. Kąpała cię, karmiła, ubierała, tuliła, nosiła na rękach. Nic nie stanowiło dla niej problemu. Z tobą będzie tak samo.
– Tak myślisz? – spytała z nadzieją w głosie.
– Nie, ja nie myślę, ja to wiem. Kochanie, przestań się zadręczać.
– Nie zapytasz o ojca? – spytała cicho jakby się bała, żeby nikt inny nie usłyszał.
– Czekam aż mi sama powiesz, ale chyba się domyślam. Oliwier?
– Tak.
– Czy on już wie?
– Nie, nie wiem, co mam robić.
– Rozmawiałaś z babcią?
– No właśnie. Możesz do nas przyjechać? Babcia ma na ten temat swoje zdanie, a ja nie za bardzo się z nim zgadzam. Z drugiej strony…
– Wiem. Babcia nie chce, żebyś powiedziała Oliwierowi o ojcostwie.
– Wiesz o tym?
– Jasne, babcia domyślała się twojej ciąży od jakiegoś czasu.
– I tak długo czekałyście?
– Życie uczy cierpliwości. Zaraz u was będę, a ty się niepotrzebnie na zapas nie zamartwiaj.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata

 

Końca świata nie będzie (89)

04 lip

– Madziu, ty nadal się na mnie złościsz? Kobieto, opanuj się! – Leon uniósł teatralnym gestem ramiona w górę. Magda miała wrażenie, że czekał na nią przed blokiem, udając, że majstruje coś przy aucie. Wyszedł zza podniesionej maski, gdy szła w stronę drzwi. Przystanęła przy nim, poprawiając reklamówkę z zakupami. Nie zamierzała okazywać mu publicznie, że jest zła. Jak znała życie, ktoś z sąsiadów zawsze czuwał przy oknie lub wizjerze. I nie myliła się. Firanka w oknie Anieli zafalowała i Magda pomyślała złośliwie, że babsztyl zaraz wypadnie na dwór jak pocisk wyrzucony z katapulty.
– Ale za co mam się gniewać? Nie rozumiem? – Magda popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
– Madziu, proszę, zachowujmy się jak dorośli. Przecież wszystko ci wytłumaczyłem w mailu, przeczytałaś go. Przepraszam, naprawdę.
– Ale ja wszystko rozumiem i się nie gniewam, i nie ma mnie pan za co przepraszać. Wszystko jest w porządku.
– O, czyli wróciliśmy do starej formy pan, pani? – zaśmiał się.
– Ależ skądże znowu. Proszę mi mówić po imieniu, starszym wolno…
– Leosiu, zaraz obiad będzie – Aniela wychyliła się przez okno, eksponując swój przepastny biust, rozłożony teraz okazale na parapecie. – O, widzę, że nasza sąsiadka z pracy wróciła. No to się pani za dużo dzisiaj nie napracowała, prawda? Dobrze macie w tej szkole, oj, dobrze… Nie tak jak my.
– My? Czyli kto? Przecież pani chyba nigdy nie pracowała? Pracowała pani kiedykolwiek? – zapytała Magda, idąc w kierunku drzwi.
– Coś podobnego, pani to bezczelna jest! – Aniela rozdarła się na całe gardło.
– Dlaczego bezczelna? Mieszkam w tym bloku od kilkunastu lat, a pani od zawsze jest na emeryturze czy rencie. Czyli wychodzi na to, że pani nigdy nigdzie nie pracowała, pewnie siedzi pani na emeryturze po zmarłym mężu i jeszcze pani mi godziny pracy wylicza. To jest dopiero komedia.
– To ci poziom, to ci elegancja Francja – zaczęła biadolić Aniela, zwisając z parapetu. – I ktoś taki nauczycielem jest? To teraz takich w szkołach zatrudniają? Bezczelna taka… – perorowała, patrząc na Leona, u którego szukała poparcia, ale ten odwrócił się tyłem, udając, że szuka czegoś w bagażniku. Magda pomyślała niemal z satysfakcją, że na niego żadna kobieta nie może liczyć. Żadna kobieta nie zainteresuje go sobą na tyle, żeby stanął po jej stronie, zawsze będzie szukał znajomości tylko na chwilę. Ta jego nieszczęsna żona też pewnie czuła się samotna i porzucona. Ciekawe czy Aniela wie, że Leon jest żonaty? Przez chwilę kusiło ją, żeby uświadomić kobiecie, z kim ma do czynienia, a potem stwierdziła, że cała złość na Leona gdzieś wyparowała. Zaczęła żałować, że dopuściła między nimi do intymnych relacji, bo przez to nie mogła się z nim przyjaźnić, a brakowało jej ich wspólnych wypadów do kina i rozmów. Zerknęła po raz ostatni na pochylonego nad autem mężczyznę, gdy zamykała za sobą wejściowe drzwi. Wysoki, opalony i silny zwracał na siebie uwagę. Nigdy nie dałaby mu tylu lat, ile faktycznie miał. Szkoda, że zmieniła ich relacje. Jako sąsiad, kolega, znajomy czy przyjaciel był świetnym kompanem. No trudno, jak to mówią, człowiek całe życie się uczy i umiera głupi. Ściągnęła buty w przedpokoju i boso przeszła z torbą zakupów do kuchni. Przez chwilę zastanawiała się, co ugotować na obiad, a potem stwierdziła, ze ogórkowa i placki ziemniaczane to dobry pomysł. Zerknęła na zegar wiszący w kuchni. Kuba wróci dopiero za dwie godziny, więc zdąży ze wszystkim. Usłyszała trzaśnięcie drzwi na klatce schodowej i donośny głos Anieli. To Leon poszedł do niej na obiad.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Ja wobec świata